poniedziałek, 10 lutego 2014

ROZDZIAŁ 8 - ROZPOCZĘCIE IGRZYSK

Wielki zegar rysujący się nad okazałym Rogiem Obfitości odliczał równą minutę.
Stałam sparaliżowana na tarczy starając się wyprzeć z umysłu słowa projektanta, które echem odbijały się w mojej głowie.
Byłam pewna, że wszystkie kamery zwrócone są na mnie i Aleksa, w końcu ludzie mają okazję po raz pierwszy zobaczyć nas w pełnej okazałości.
Ciekawe co teraz o mnie myślą? Czy wyglądam na poważną? Silną? Ładną?
Co sądzą o Aleksie?
- 40 sekund.
Nic nie wiedziałam, tak jak przepowiedział Oliver było przeraźliwie ciemno, jedyne co zdołały wyłapać moje zmęczone oczy to 23 małe światełka, migoczące w równych odstępach od siebie. Latarki. Niestety słabo oświetlały one drogę, a twarze trybutów spowijała ciemność. Nie sposób dostrzec tą zarozumiałą twarz Aleksa.
- 20 sekund.
W tym momencie, przypomniałam sobie o nakazie Oliviera, zamierzałam jednak wyłączyć moje światełko w ostatniej chwili. Niech się Kapitol napatrzy na moją twarz, za niedługo i tak nie będzie już miał tej szansy.
- 10 sekund.
Ustawiłam się w startowej pozycji do biegu i w myślach odliczałam te ostatnie sekundy. Starałam się opanować drżenie nóg. Przez myśl przeszło mi też, że mogłabym zejść z cylindra przed czasem, wtedy zostałabym zmieciona z powierzchni ziemi już za kilka sekund. Aleks miałby mnie z głowy, a ja nie musiałabym dłużej żyć w strachu. Jednak to było zadanie dla tchórzy. Ja taka nie byłam. Już nie.
- Trzy, dwa, jeden… PANIE I PANOWIE 70 IGZRYSKA GŁODOWE UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTE!
Natychmiast zeskoczyłam z tarczy i pognałam do Rogu Obfitości.
Jedna z kamer pojawiła mi się tuż nad głową. To przeszkadza! wykrzyczałam w myślach i zwiększyłam tempo. Cały czas czułam na sobie kamerę, która pochłaniała mnie w całości.
Szybko wyłączyłam latarkę i starałam się biec najciszej jak to możliwe. Było to trudne w tak ciężkich, górskich butach. Sama doskonale słyszałam wszystkie kroki stawiane przez innych trybutów, byliśmy jak stado bawołów, zapędzanych na rzeź. Rozejrzałam się dookoła, byłam jedną z osób biegnących na samym czele. Podłoże po którym biegłam było miękkie, podejrzewam, że jest to trawa.
Róg Obfitości znajdował się na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilkanaście sekund biegu i dotrę do niego, jako jedna z pierwszych.
Nagle potknęłam się o coś i jak długa uderzyłam o ziemię. Ręką wymacałam rzecz, która była sprawcą mojego upadku. Dość twardy materiał… o szelka! Jest i druga!
Plecak!
Nie było teraz czasu na radość, chwyciłam nową zdobycz i zarzuciłam na ramiona, otrzepując przy okazji spodnie.
Na razie nie doszło do żadnych ataków. Wszyscy byli mocno zdezorientowani i desperacko poszukiwali potrzebnych rzeczy. Słyszałam, że niepotrzebne odrzucali i dalej przeczesywali teren. Nie obyło się bez przekleństw ze strony mniej cierpliwych trybutów.
Zdenerwowana rozglądałam się dookoła. Totalnie nic nie widziałam, w takich warunkach nie byłam w stanie zdobyć jakiejkolwiek broni. Niewiele myśląc włączyłam latarkę i przepraszając w myślach Oliviera, rozpoczęłam poszukiwania na nowo.
Tak jak inni przerzucałam niepotrzebne rzeczy, nie było sensu zaopatrzać się w łuk, skoro i tak nie umiałam się nim posługiwać.
I wtedy to usłyszałam. Krzyk. Przeraźliwy krzyk. Od tamtej chwili nie było już spokoju. Zaniepokojona zaprzestałam szukania i pochwyciłam pas noży leżący tuż pod moimi nogami. W sumie… nie ma co wybrzydzać.
Ponownie wyłączyłam latarkę i wytężyłam wzrok w poszukiwaniu białych światełek.
Nagle poczułam mocne pchnięcie i upadłam. Znowu.
Nie pomyślałam o tym, że inni też mogą być na tyle sprytni, by pomyśleć o wyłączeniu latarki. Najgorsze było to, że nie widziałam swojego napastnika. Jak mogłam się bronić gdy nie znałam nawet jego miejsca położenia? Zaczęłam na oślep czołgać się po ziemi by jak najprędzej oddalić się stamtąd. Może plecak i noże wystarczą, trzeba spadać. W tym samym momencie zauważyłam ostrze, lśniące w delikatnych promieniach rzucanych przez księżyc.
Wykonałam fikołka przez głowę by znaleźć się jak najdalej od napastnika.
Plecak nieco to utrudniał, usłyszałam trzask wydobywający się z niego wnętrza. Ostatecznie to naprowadziło na mnie, nieznaną osobę.
Wykonała ona dwa kroki w moją stronę, widać, że poruszała się niepewnie, nie za bardzo wiedziała czy zmierza w dobrym kierunku. Po cichu zaczęłam ponownie czołgać się po ziemi. Ktoś znowu się do mnie przybliżył.
Kogo tu oszukiwać, nie miałam żadnych szans. Przegrana, sunęłam po podłożu jak wąż, podpierając się na łokciach. Nie miałam jednak wielkiej nadziei, nie wierzyłam w cuda. Nadzieja była zdradliwa.
Usłyszałam coraz bliższe kroki, lecz bałam się obracać. Nie chciałam stawać twarzą twarz ze śmiercią. Spodziewam się, że nie jest to miłe uczucie. Odważyłam się jednak spojrzeć kątem oka w tył. Osoba znieruchomiała.
Straciła orientacje? – pomyślałam w pierwszej chwili, modląc się, żeby tak było.
Nagle mój napastnik zwalił się na mnie. Upadł, tak samo jak ja wcześniej.
Ledwo powstrzymałam się od krzyku. Poczułam, że coś ciepłego kapie mi na rękę.
Krew. To oczywiste, że ten ktoś już nie żył. Pełna odrazy, zrzuciłam z siebie jego ciało i podniosłam się na chwiejnych nogach.
Trzeba uciekać. – ta myśl zalała mnie jak tsunami. To było logiczne, tylko dokąd?
Kiedy gorączkowo wytężałam wzrok by odnaleźć jakąś drogę, którą mogła bym podążyć, poczułam silny ucisk na ramieniu. Serce już drugi raz tego wieczoru podeszło mi do gardła, a krew odeszła z twarzy.
Teraz już nie mam żadnej szansy.
- Bądź cicho. – wyszeptał mi ktoś do ucha, a ja poczułam jego ciepły oddech na moim karku. – Nic Ci nie zrobię. Chodź za mną. – poznałam, że to męski głos.
Chłopak cały czas trzymał mnie za ramię, nie było możliwości ucieczki. Rozum podpowiadał mi, żebym poszła razem z nim. Tak też zrobiłam.
Do dziś zastanawiam się, jak wyglądałaby moja sytuacja gdybym tego nie zrobiła.
Sprzeciwiła się i stanęła w miejscu. Niestety nigdy się już tego nie dowiem.
Trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje czyny.
Wydawało mi się jakbym biegła całe życie. Ledwo potrafiłam złapać oddech, a nogi uginały się pode mną, miałam wrażenia jakbym ważyła tonę.
W mojej klatce piersiowej wybuchł pożar, powietrze paliło mnie od środka, z trudem oddychałam. Nie miałam już siły. Na nic. Chłopak chyba to wyczuł, bo zatrzymał się.
- Jesteśmy w bezpiecznej odległości. – stwierdził – Biegliśmy ponad godzinę. Teraz musimy znaleźć kryjówkę, w której zostaniemy do rana. – ciężko oddychał, a w jego głosie było czuć zmęczenie. Ten maraton wykończył także jego. Nie miałam przynajmniej tak wielkiego poczucia słabości.
- Zaczekaj. – po omacku wyszukałam jego nadgarstek i mocno go chwyciłam – Czego chcesz? – starałam się aby mój głos brzmiał złowrogo.
- Sojuszu. – odparł takim tonem, jakby było to oczywiste.
- Ze mną? – zdziwiłam się, puszczając jego rękę.
- Czemu nie? – spytał z westchnieniem.
- Otrzymałam tylko 4 punkty podczas sprawdzania umiejętności. – przypomniałam mu, oczekując, że zaraz zmieni zdanie i pozostawi mnie samą.
- Nie wierzę w te twoje gierki. – postąpił krok w moją stronę – Pokonałaś Paula, jesteś silna, a ta punktacja… myślę, że chciałaś, żeby ona tak wyglądała.
Nie zamierzałam wyprowadzać go z błędu. Widać jestem przekonująca, a podczas wywiadu świetnie odegrałam swoją rolę. Skoro on mi uwierzył, inni prawdopodobnie też.
- Który Dystrykt? – zapytałam krótko.
- Czwarty. – w jego głosie słychać było, że ma już dość moich pytań, ale jak na razie na nie odpowiadał.
Od razu przypomniałam sobie o przestrodze Oliviera, który odradził mi bratania się ze zwycięskimi Dystryktami, a Czwórka niewątpliwie do nich należała. Chyba, że miał na myśli 1 i 2? Żałowałam, że nie ma go przy mnie, by mi pomóc.
- Dlaczego mam to robić? – dalej nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
- Hmm… pomyślmy… a może dlatego, że jakąś godzinę temu uratowałem Ci życie? Masz dług do spłacenia. – sprawiał wrażenie poirytowanego.
Pokiwałam głową, chociaż zdawałam sobie sprawę, że on i tak nie ma możliwości zobaczenia tego.
- Czemu ja, a nie twoja partnerka z Czwórki?
- Bo zginęła pod Rogiem. – odpowiedział przez zaciśnięte zęby – Skończ już z tym i chodźmy poszukać kryjówki. – zarządził i z zapaloną latarką ruszył w stronę pobliskich skał.
- I jeszcze jedno. – obrócił się przez ramię – Nie sil się na ten srogi ton, to komiczne. – cicho parsknął śmiechem, a ja podążyłam za nim, zastanawiając się czy nie zrobić użytku z nowo nabytych noży i czy nie wbić mu jednego z nich w tą roześmianą buzię.



Gdy się obudziłam byłam całkiem wypoczęta.
Podparłam się na łokciach i leniwie otworzyłam oczy. Obok siedział chłopak i wpatrywał się we mnie.
- Na razie spokojnie. – oznajmił – Mamy szczęście, spaliśmy prawie 12 godzin, ja obudziłem się jakieś 20 minut temu.
- Która godzina? – ziewnęłam, kulturalnie zasłaniając usta ręką.
- Dziesiąta. – odparł i odwrócił wzrok.
Dopiero teraz miałam okazję mu się przyjrzeć, wczoraj nie widziałam nawet gdzie stawiam stopy, a co dopiero, żeby skupiać się na innych rzeczach.
Był dobrze zbudowany, wysoki, mniej więcej takiego wzrostu jak Aleks. Jego blond czupryna znajdowała się w całkowitym nieładzie, a oczy w kolorze płynnego miodu wpatrywały się w otwór jaskini.
Teraz go poznałam, Daniel Dew, Dystrykt 4.
Wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi, co było dość dziwne, zazwyczaj przystojny chłopcy nie uchodzą mojej uwadze.
- Coś ze mną nie tak? – spojrzał na mnie rozbawiony
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Tak się wpatrujesz… - zmrużył jedno oko i przeczesał ręką swoje złociste włosy.
- Nie, skąd. – odrzekłam zawstydzona i szybko skupiłam się na czymś innym, mając nadzieję, że nie zobaczy moich rumieńców na twarzy.
Rozejrzałam się po miejscu, w którym się znaleźliśmy.
Była to dość duża jaskinia, lekko wilgotna, dlatego było tutaj trochę zimno.
Na szczęście byliśmy ubezpieczeni, gdyż organizatorzy zaopatrzyli nas w ciepłe ubranie. Zupełnie jakby zależało im na tym, by było nam dobrze i wygodnie. Zabawne.
Pamiętam, że wczoraj włóczyliśmy się po arenie aż godzinę, zanim znaleźliśmy odpowiednią kryjówkę. Niektóre były za małe, lub za bardzo rzucały się w oczy.
- Wyszedłem na chwilę przed jaskinię. – poinformował mnie Daniel – Cała arena to górzysty teren. Jedynie centralna część, na której znajduje się Róg Obfitości jest polaną.
- Skoro góry, pewnie i dużo źródeł. – wywnioskowałam, dalej wpatrując się w ścianę jaskini i obserwując małe kropelki, spływające po jej powierzchni.
- Możliwe. – pokiwał lekko głową – Trzeba być uważnym. Te najwyższe szczyty, są dobrze widoczne, a co za tym idzie i ludzie, którzy na nich przebywają. – pochwycił do ręki mały kamyk i rzucił nim przez całą długość jaskini.
- Wiesz ile osób wczoraj zginęło? – zasnęłam wczoraj od razu, lecz może on zdążył załapać się na widowisko, w którym twarze zmarłych trybutów pojawiały się na niebie wraz z numerami Dystryktów.
- Dwanaście, standardowa liczba. – stwierdził ze wzruszeniem ramion.
- A Aleks?
- Ma się dobrze, zawodowcy również.
Nic nie odpowiedziałam. Mogę się założyć, że przemierza teraz góry w poszukiwaniu mnie, by jak najszybciej sprzątnąć mnie ze świata. Może nawet nawiązał z kimś sojusz. Pewnie nie musiał nikogo o to prosić. Jestem pewna, że wszystkie trybutki do niego lgną, a on nawet nie musi ruszać palcem, żeby to osiągnąć.
Mam nadzieję, że mnie nie znajdzie. Nie może, bo wtedy będę zmuszona go zabić.
- Kto jest twoim mentorem? – próbowałam zejść z tematu Aleksa.
- Finnick Odair. – oznajmił, spoglądając przy tym na mnie uważnie.
- Nie kojarzę. – wzruszyłam ramionami.
- Nie wierzę! – zaśmiał się, a na jego policzkach pojawiły się delikatne dołeczki w pobliżu kącików ust. – Jesteś dziewczyną, mieszkającą w Panem i nie wiesz kto to Finnick? Żartujesz.
- Nie, nie żartuje, czy to coś dziwnego? – spojrzałam na niego pytająco.
- Finnick Odair to jedyny mężczyzna w Panem, za którym uganiają się wszystkie dziewczyny od 14 do 40 roku życia. Jeśli teraz to ogląda, nie polubi Cię. – wskazał na kamerę, zwisającą z wilgotnego sufitu jaskini i uśmiechnął się szeroko.
- Jego strata.
Zapanowała długa cisza, słychać było tylko podmuchy wiatru, dobiegające z zewnątrz.
- Macie podobne charaktery. – stwierdził w końcu – Silni, uparci, ale w środku… wrażliwi. Może jednak by się z Tobą dogadał.
- Sądzę, że Finnick nie będzie z Ciebie zadowolony. Właśnie nazwałeś go wrażliwym, przed całym światem. – posłałam mu uśmiech.
- Dziewczyny lecą na wrażliwych. Finnick jeszcze mi podziękuje, może jego grono rozszerzy się do kobiet po 50. – parsknął śmiechem.
Miał bardzo ładny śmiech, pogodny. Zdawało by się, że śmiechem może przepędzić wszelki zło z tego świata. Gdyby jednak tak było, nie byłoby nas tutaj. Siedzielibyśmy w domu ze swoimi rodzinami. Ja u boku Alana. Bylibyśmy szczęśliwi, aż do końca. Wieczny, wręcz niepoprawny optymista. Jakby zapomniał, że w każdej minucie może zginąć. Może potrzebny mi taki towarzysz? Wiecznie niezadowolonej, pochmurnej Ellen Pierce. Jeżeli ktoś może zawładnąć sercami sponsorów i bogatych panienek, to właśnie on, nie ja. W pojedynkę nic bym nie zdziałała, Oliver mi wybaczy sojusz z jednym z czołowych Dystryktów. Nie ma wyjścia. Jestem pewna, że teraz uważnie nas ogląda. Ciekawe czy podoba mu się zaistniała sytuacja? Jak reagują na to inni?
Tego typu pytania mogłabym zadawać sobie przez cały dzień. Nie było sensu tracić na to czasu, który bardzo szybko uciekał.
- Moim mentorem jest Oliver Plath. – powiedziałam nie chcąc przerywać rozmowy, jego komentarze pozytywnie mnie nastrajały.
- Wiem, zdążyłem go całkiem dobrze poznać. – oznajmił, po czym wykrzywił twarz w takim grymasie jakby strzelił niewiadomo jaką gafę.
- Tak? Przy jakiej okazji? – zainteresowałam się.
- Wiesz co Ellen? – gwałtownie podniósł się z ziemi, otrzepując przy tym spodnie.
Chodźmy coś upolować, głodny jestem. Ponadto musimy znaleźć wodę. Nie ma sensu siedzieć dłużej bezczynnie. – odezwał się surowym tonem, a jego roześmianą twarz, przysłoniła maska pełna powagi.
- Zgarnąłem z Rogu plecak, dwa miecze i łuk. Ja wezmę łuk, ty weź miecz i jeden ze swoich dwunastu noży. Resztę schowamy tutaj. – zarządził wskazując na wnękę, znajdującą się na samym końcu jaskini.
Zrobiliśmy tak jak to ustalił. Następnie zakryliśmy wąskie wejście do jaskini dużym głazem, pokrytym zielonym mchem i ruszyliśmy w góry, które niewątpliwie kryły za sobą wiele niebezpieczeństw. 

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 7

Następnego dnia na śniadaniu nikt się nie odzywał. Aleks trenował wczoraj moją cierpliwość i sprawdzał jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa podczas wywiadu, lecz nie uzyskując żadnej reakcji z mojej strony, szybko się znudził.
Dzisiaj, w dzień rozpoczęcia Igrzysk napięcie było namacalne. Unosiło się nad naszymi głowami niczym mgła i zasłaniało wszystkie pozytywne aspekty.
Nie mogłam się skupić nawet na najprostszej czynności takiej jak dokończenie śniadania.
- Plan dnia jest taki… - zdecydowała się przerwać ciszę Lauren. Jej twarz wyrażała mocne skupienie i opanowanie. – Na początek rozmowa z Olivierem. – wskazała zgrabną dłonią na pochłoniętego myślami mentora. – Następnie kilkugodzinny odpoczynek, a na koniec zabiegi… przygotowujące. Igrzyska rozpoczną się o godzinie 20, a…
- Właśnie. – wpadł jej w słowo Oliver, wybudzony ze swoich przemyśleń. – 20 to późna pora, będzie już ciemno, chcą waz zdezorientować, a ponadto…
- Przepraszam. – odchrząknęłam, tym razem ja przerwałam potok jego słów – Czy ta dyskusja mogłaby odbyć się indywidualnie? – podniosłam wzrok na Aleksa, który ze spokojem wkładał do swojej łapczywej gęby już 6 kanapkę.
- Jasne, chodź ze mną Ellen. – mentor podniósł się od stołu i machnął ręką abym poszła za nim. Wspólnie przemierzyliśmy salon, lądując w schowku na żywność.
Takiej ekskluzywnej spiżarni.
- Pyszne miejsce do rozmów. – próbowałam rozładować napięcie, jednak Oliver nie zwrócił uwagi na moje starania.
- Usiądź. – wskazał na dużą drewnianą skrzynię, stojącą w rogu pomieszczenia. Naklejona była na nią olbrzymia etykieta, przedstawiająca pomarańcze.
Posłusznie wykonałam polecenie.
Na jego czole pojawiły się zmarszczki, a oczy były podkrążone. Widać było, że tak jak ja nie spał za wiele tej nocy. Byłam ciekawa czy po mnie widać to tak samo mocno jak po nim.
- Pierwsze co zrobisz, gdy już znajdziesz się na arenie to wyłączenie latarki, którą każdy z was będzie miał dołączona do kombinezonu. – od razu przeszedł do rzeczy, nadmiernie przy tym gestykulując. – Będziesz stanowiła trudniejszy cel. Jesteś szybka, więc śmigaj do Rogu Obfitości, bierz co potrzebne i uciekaj, jak najdalej.
Skinęłam głową, dając mu do zrozumienia, że przyjęłam do wiadomości jego rady i może kontynuować.
- Jak spotkasz kogoś… w miarę przyzwoitego, postaraj się nawiązać sojusz. Jak nie to… cóż… - zawiesił głos, zastanawiając się jak ująć to w słowa.
- Kto nadawałby się na sojusznika? – położyłam łokcie na kolanach, a brodę wsparłam o splecione dłonie.
- Ludzie z zewnętrznych dystryktów. Jedenastka, Dwunastka, oni najczęściej są godni zaufania.
Od razu pomyślałam o ślicznej dziewczynie z Dwunastki. Może uda mi się przeciągnąć ją na swoją stronę. Wydaje się być sprytna i na pewno jest całkiem dobrze przygotowana do walki skoro zdobyła tak wysoką liczbę punktów podczas sprawdzania umiejętności. Tylko jak zachęcić ją do przymierza z kimś takim jak ja?
- Zawodowców unikaj. – przerwał moje rozmyślania Oliver – Tak samo jak Aleksa. – urwał, spoglądając na mnie swoimi przeraźliwie czarnymi oczami. Wyglądały jak dwa żarzące się węgle. Wydawało mi się, że dostrzegam w nich przebłyski troski i zmartwienia. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Co jeszcze? – to pytanie skierował do samego siebie – Chyba nic więcej, nie mam Ci do powiedzenia. Dasz radę, jesteś sprytna. Nie daj się zabić dzieciaku. – dokończył i szybko opuścił schowek pozostawiając mnie w towarzystwie pomarańczy i kolorowych babeczek.


Punktualnie o 18 ekipa przygotowawcza, znów zagarnęła mnie pod swoje ramiona.
Oskubali mnie niczym ptaka. Na moim ciele nie było widać ani jednego malutkiego włoska. Nie licząc tych na głowie, oczywiście. Po tym zabiegu, którego tak nie cierpię, odesłali mnie do łazienki abym porządnie się umyła. Zastosowałam dziesiątki żeli, mleczek do kąpieli i szamponów do włosów. Następnie pokryłam się cudownie pachnącym, cytrynowym balsamem i starannie rozczesałam swoje długie, brązowe włosy. Na koniec nałożyłam na siebie bieliznę i czysty biały szlafrok. Czysta opuściłam łazienkę i na powrót zajęła się mną ekipa przygotowawcza. Po wysuszeniu włosów, spięli mi go w wysokiego kucyka i zajęli się równym obcinaniem paznokci. Szczerze powiedziawszy miałam już tego dość.
Myślałam o rodzicach, gdzie są, co teraz robią. Zwykle tata o tej porze pracował jeszcze w fabryce, natomiast mama gotowała dla nas w domu obiad. Ja zazwyczaj odrabiałam pracę domową, ale czasami pomagałam mamie. Nie raz wychodziłam na zakupy. Mieliśmy znajomości wśród sprzedawców na targu, więc udawało mi się kupować rzeczy po promocyjnej cenie. Potem wszyscy zasiadaliśmy do stołu i opowiadaliśmy jak nam minął dzień.
Za czasów Alana, często kłóciliśmy się kto spędził go lepiej, a następnie opowiadał mi bajki, które sam wymyślał. Miał do tego talent i wielką wyobraźnię. Pamiętam jak raz wymknęliśmy się do stodoły i opowiedział mi straszną historię, po czym wyszedł i zostawił mnie samą. Odchodziłam tam od zmysłów, byłam wtedy mała, płakałam, darłam się, kopałam w drzwi, a nikt mnie nie słyszał. To był pierwszy raz i ostatni kiedy się pokłóciliśmy… potem nie było już okazji.
Swoją drogą ciekawe co teraz robi. Czy patrzy na mnie? Będzie mnie chronił? Wspierał? Wierzy we mnie? Błaga o szansę dla mnie? Pomoże mi? Doda otuchy? Mi i rodzicom? Co zrobisz Alan? Co zrobisz żeby było lepiej?

Po godzinie, wsiadałam już do olbrzymiego poduszkowca, który miał przetransportować nas do podziemnych pomieszczeń, skąd zaczynamy Głodową Walkę.
Szybko skierowałam się w stronę fotela przeznaczonego dla mnie i zapięłam pasy bezpieczeństwa. Udałam, że nie zauważam zawistnych spojrzeń zawodowców czy jakichkolwiek osób. Wytrenowałam to tutaj do perfekcji. Udawanie. Nie miałam sobie równych. Całe te kilka dni to było udawanie. Że jestem silna, pewna siebie, mroczna.
Jeszcze trochę, potem nie będziesz musiała nikogo udawać Ellen. – pocieszyłam w myślach sama siebie.
Po kilku minutach podeszła do mnie milcząca kobieta w dziwacznym niebieskim fartuchu i żelaznym uściskiem złapała mnie za rękę. Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, a ona w tym czasie zanurzyła w mojej skórze ogromną igłę. Poczułam ból powyżej nadgarstka i wyrwałam jej rękę.
- Co to jest? – wycedziłam przez zęby.
- Lokalizator. – odpowiedziała lakonicznie i podeszła do siedzącego obok mnie Aleksa.
No tak, jakby organizatorzy nie mieli pojęcia o naszym położeniu, nie mogliby mieć nad nami kontroli, a gdyby by jej nie posiadali… no w każdym razie, mogłoby się to skończyć różnie.
Nie zamierzałam się jednak nad tym rozwodzić.
Nim się obejrzałam, wychodziłam już z poduszkowca.
Jeden ze strażników mocno chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.
 - Szybciej! – warknął mi prosto w twarz, a ja posłusznie przyśpieszyłam kroku.
Miałam dość traktowania mnie jak śmiecia, ale nie mogłam nic na to poradzić.
Nie miałam odwagi stawiać oporu, zresztą co by to dało. Przywaliłby mi pałką i kazał iść szybciej, tak czy siak nie miałabym wyjścia. I tak prawdopodobnie już dzisiaj będę martwa, po co przysparzać sobie wrogów na końcówce życia. Jakbym miała ich teraz za mało. Zniosłam wszystkie obelgi ze strony Aleksa, jestem w stanie znieść także to.
Strażnik wprowadził mnie do ciasnego pomieszczenia i ustawił się przy drzwiach.
W środku czekał mój projektant. Bez słowa podał mi strój, a ja schowałam się w kącie pomieszczenia i zaczęłam się przebierać.
Spodnie były zrobione z ciepłego materiału, o kolorze ciemnozielonym. Wyszyte były na nich liczne, małe kieszonki. Jako górną część garderoby otrzymałam brązową, obcisłą koszulkę. Na szczęście nie krępowała ona ruchów.
Na bluzkę nałożyłam gruby polar, w takim samym kolorze jak bluzka, potem narzuciłam na ramiona czarną, przeciwdeszczową kurtkę. Była luźna i przewiewna. z dużymi kieszeniami po bokach. W zestawie znajdowała się także latarka na głowę, tak zwana czołówka. Czyli Oliver miał rację. Założyłam ją na czoło. Pasek lekko uciskał mnie w tył głowy, ale postanowiłam to zignorować. Na koniec  włożyłam na stopy grube skarpety, a na nie górskie trapery, o grubej podeszwie.
Moje stare ubranie pozostawiłam na ziemi i podeszłam do projektanta. Popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, ale nie wymówił ani słowa.
- Sądząc po stroju jaki nam przyszykowali, warunki będą ciężkie. – zagadnęłam go.
Pokiwał lekko głową i włożył dłonie do tylnych kieszeni spodni.



- 20 sekund. – usłyszałam mechaniczny głos kobiety, dobiegający znikąd.
Szyby szklanej tuby (nie mam pojęcia jak można byłoby to inaczej nazwać) otworzyły się.  Niepewnie postąpiłam krok w przód.
- Nie życzysz mi powodzenia? – odwróciłam się w stronę zamyślonego projektanta.
- Po co? – podniósł na mnie wzrok, w chwili gdy postawiłam jedną stopę na metalowym cylindrze. – I tak nie wygrasz. – stwierdził, a szklana szyba zamknęła się za mną.
- 10 sekund.
Spojrzałam na niego oczami przepełnionymi bólem.
Jak mógł mi to powiedzieć w takiej chwili. Po co? Żeby mnie jeszcze bardziej zdenerwować? Nie jestem z żelaza, już dosyć obelg usłyszałam z ust wielu osób w ciągu tych kilku dni. Dolna warga zaczęła mi drżeć, a oczy zaszły łzami. Obraz przede mną rozmazał się. Na szczęście szybko się opanowałam. Otarłam policzki rękawem kurtki i przygryzłam wargę. Chyba odrobinę za mocno po poczułam w ustach słony smak ciepłej krwi. Nie przejęłam się. Muszę być silna.
Wygram to, wrócę i zaśmieje się im wszystkim prosto w twarz. Mam teraz większą motywację. Ellen Pierce to silna kobieta.
W chwili gdy powtarzałam sobie to zdanie w myślach, srebrna tarcza zaczęła unosić się do góry, a ja razem z nią.

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 6



Po wczorajszej awanturze z Olivierem nie mogłam zmrużyć oka. Cały czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Nie mogłam wyrzucić z siebie cichego głosu obwiniającego mnie o wszystkie złe rzeczy, których dokonałam w ciągu tych kilku dni. Dlatego kiedy do pokoju wtargnęła epika przygotowawcza, odetchnęłam z ulgą. Po raz pierwszy cieszyłam się na ich widok.
- Dzień wywiadów! – zaszczebiotała wesoło Lauren, jakby nie pamiętając wczorajszej kłótni.
- Zrobimy z Ciebie oszałamiającą dziewczynę! – oznajmiła, a po chwili zastanowienia dodała – Nie żebyś teraz nią nie była…
Nastąpiła niezręczna chwila ciszy, Lauren nagle okazała wielkie zainteresowanie widokiem za oknem, a ja spuściłam swój wzrok na dywan. W końcu zdecydowałam się odezwać.
- Dobrze malujcie. – wskazałam na swoją bladą buzię i podeszłam do czarnego, sztywnego krzesła, stojącego naprzeciwko ogromnego lustra.
- Nie, nie kochanie, dzisiaj makijaż nie będzie Ci potrzebny. – poinformowała mnie słodkim głosem – I tak nie będzie widoczny.
Racja, z tego wszystkiego zapomniałam, że nikt z Kapitolu i Dystryktów (poza dziewiątką) nie miał okazji dotychczas ujrzeć mojej twarzy.
- Za to, przygotowaliśmy dla Ciebie, to znaczy twój stylista, który nie może dzisiaj się z Tobą spotkać, z powodów… ekhm… nieznanych… Przygotowaliśmy czarny strój, będziesz wyglądała jak Czarny Łabędź. – aż podskoczyła z podniecenia.
Położyła mi na łóżku długą, czarną suknię i starannie wygładziła rękami materiał, sprawdzając czy jest solidnie wyprasowana.
- Ubieraj się dzióbeczku, a my idziemy. – ręką pogoniła wizażystów i wspólnie opuścili pokój.
Kochanie, dzióbeczku… Nawet nie chcę wiedzieć jak zwraca się do męża. Przewróciłam oczami i zrzuciłam z siebie beżową piżamę. Następnie sięgnęłam po suknię i włożyłam ją przez głowę. Była idealnie dopasowana. Zwężała się w pasie, natomiast jej dolna część rozpływała się swobodnie czarnymi falami.
Wcisnęłam na nogi błyszczące, czarne baleriny ( chyba Lauren domyśliła się, że na szpilkach zabiłabym się jeszcze przed wyjściem z pokoju ) i przejrzałam się w lustrze.
Muszę przyznać, że efekt był całkiem niezły. Wykonałam kilka piruetów spoglądając na wirującą suknię. Niestety po chwili straciłam równowagę i z hukiem wylądowałam na ziemi.
- Ellen, żyjesz?! – do pokoju wkroczyła moja przerażona opiekunka – Dziecko, skaranie boskie z tobą. Zbieraj się z tej podłogi, jeszcze się pobrudzisz! – wykrzyknęła i pomogła mi wstać, odmawiając przy tym jakąś modlitwę.
Zza drzwi wyglądnął Aleks.
- Przyszedłem po maskę. – oznajmił
Ubrany był w czarny smoking i lakierkowane obuwie. Jedyną białą częścią tego stroju była kokardka, starannie uwiązana pod szyją.
- A żebyś się udusił. – pomyślałam z odrazą.
Jego włosy lśniły od żelu, był przylizany niczym tak zwani kujoni, nad którymi tak znęcał się w szkole.
Na mój widok zmarszczył brwi, ale nie wymówił ani słowa. Może zmęczyły go już ciągłe nieprzyzwoite komentarze na mój temat.
- Za chwilę. – warknęła Lauren – Wizażyści, wejść! – wrzasnęła. Nawet nie wiem co tak wyprowadziło ją z równowagi. Czy to mój upadek, czy sam widok Aleksa. Jeżeli to drugie, to lubię ją coraz bardziej.
- Zróbcie Ellen wysokiego, pełnego koka. – zarządziła – Ja idę po maski, Aleks siadaj. – wskazała na moje równo posłane łóżko. Wzdrygnęłam się, chyba dzisiaj czeka mnie noc spędzona na podłodze.
Ekipa momentalnie porwała mnie w swoje ręce i zaczesała mi dużego koka na czubku głowy. Kilka niesfornych kosmyków podpięli mi wsuwkami, a na końcu spryskali fryzurę lakierem do włosów.
Spoglądnęłam na odbicie m małym, podręcznym lusterku.
- Wyglądam jakbym miała na głowie gniazdo. – poskarżyłam się z niezadowoloną miną.
- Nic nowego. – zaśmiał się cicho Aleks, opierający głowę na mojej poduszce.
Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie miałam zamiaru wdawać się w dyskusję.
- Albo… w sumie to… podoba mi się. – stwierdziłam beznamiętnym tonem, gdy do pokoju wchodziła Lauren.
Wręczyła mnie i temu idiocie dwie czarne maski, a potem wcisnęła mi do rąk bukiet białych róż.
- Ustawcie się obok siebie. – zarządziła ostro.
Posłuchaliśmy.
- A teraz chwyćcie się za ręcę.
- Wolę już włożyć rękę do gówna. – zaprotestowałam, a kujon w smokingu tylko prychnął i mruknął coś pod nosem.
- Nieważne. – stwierdziła obojętnie i jeszcze raz zmierzyła nas surowym wzrokiem. Od góry do dołu. – Znośnie. – powiedziała w końcu i opuściła pomieszczenie, a na korytarzu dodała jeszcze:
- Spotykamy się na dole, za 20 minut.


Nim się obejrzałam, cała nasza czwórka stała już za sceną, na której lada chwila miały odbyć się wywiady z tegorocznymi trybutami.
Oliver od początku dnia, nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem.
Z nerwów zaczęłam wystukiwać butem melodię mojej ulubionej piosenki o kamienną posadzkę.
- Co mam robić? – zwróciłam się po kilku minutach do Oliviera.
- Myślę, że sama wiesz to najlepiej. – odparł lekceważącym tonem, nawet nie podnosząc na mnie wzroku.
Błagalnie spojrzałam w stronę Lauren, nie miałam pomysłu, żadnego planu w zanadrzu. Nic, pustka.
Ciężko westchnęła, lecz odpowiedziała na zadane pytanie.
- Bądź tajemnicza, udawaj, że nie przejmujesz się wczorajszą punktacją, sprawiaj wrażenie pewnej siebie, jakby to wszystko było częścią jakiegoś zagadkowego planu…
A co do Ciebie Aleks – zwróciła się do przylizanego idioty – A ty… - zawiesiła głos, zastanawiając się co powinna mu doradzić. – Bądź sobą! Pewny siebie, sarkastyczny, z nutką grozy i tajemniczości, przystojny. Wszystkie na to polecą.
- Ja nie. – odkaszlnęłam głośno.
- Nawet ty, uwierz mi. – szepnął mi do ucha i oddalił się, znikając mi z oczu za dużym filarem.
Po kilku minutach wywołali pierwszego trybuta. Byłam jednak zbyt zestresowana, żeby słuchać co mówią, a tym bardziej doszukiwać się sensu w tych wypowiedziach.
Chciałam po prostu dobrze wypaść, tylko na tym mi zależało.
Grono oczekujących na swoją kolej zawężało się, a ja denerwowałam się coraz bardziej. Zauważyłam, że śliczna, blond włosa dziewczyna z Dwunastki i jej mały kolega bacznie mi się przyglądają. Przez moment wydawało mi się nawet, że posłała mi lekki uśmiech.
Nie zdążyłam jednak tego przeanalizować, gdyż właśnie usłyszałam swoje imię i nazwisko.
- Ellen Pierce, Dystrykt 9!
Serce podeszło mi do gardła, a wszystkie wnętrzności skurczyły się do mikroskopijnych rozmiarów. Na drżących nogach wyszłam na scenę. Oślepiło mnie światło, padające na mnie z olbrzymich reflektorów. Musiałam zasłonić oczy ręką.
Ponadto czułam na sobie wzrok wszystkich mieszkańców Kapitolu i kamer, które uważnie śledziły każdy mój ruch.
Na środku czekał już na mnie Caesar Flickerman. Starałam się nie spoglądać na liczącą kilkanaście tysięcy publiczność. Prowadzący, jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha, chwycił mnie za rękę i podprowadził do obitego w białą skórę fotela.
- Och Ellen, Ellen… z Ciebie to jedna wielka zagadka. – zaczął Ceasar cały czas promiennie się uśmiechając i próbując dodać mi otuchy.
Siliłam się na sztuczny uśmiech by sprawiać wrażenie przyjaznej osoby.
- Powiedz mi… Uzyskałaś najgorszy wynik podczas wczorajszej prezentacji umiejętności. Co poszło nie tak?
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że całe państwo mnie teraz obserwuje i oczekuje odpowiedzi. Ludzie, czy wy do cholery nie macie lepszego zajęcia?!
- Kto powiedział, że coś poszło nie tak? – udawałam zaskoczoną – Wszystko odbyło się w jak najlepszym porządku. – uporczywie chciałam, żeby mój głos brzmiał pewnie.
- Ale otrzymałaś tylko cztery punkty! – Caesar nie ukrywał zdziwienia moją odpowiedzią.
- Może tak miało być… - odparłam cicho, odrywając jeden płatek z bukietu białych róż.
- Dobra, o nic więcej nie pytam. – zaśmiał się i uniósł ręce w geście kapitulacji, kryjac przy tym swoje zdezorientowanie zaistniałą sytuacją.
Czekałam na kolejne pytanie, jednak nie zadał go, cały czas wpatrując się we mnie spod przymrużonych oczu. Posłałam w jego stronę pytające spojrzenie.
- Szczerze mówiąc, nie wiem o co mogę Cię zapytać. Zwykle nie mam z tym najmniejszego problemu, ale ty… ty jesteś inna. Jesteś chyba największą tajemnicą w historii Igrzysk. Ta czarna maska… co ona ukrywa? To pytanie z pewnością zadają sobie teraz wszyscy mieszkańcy Panem. Co im powiesz?
- Jestem niesamowicie głodna. – odrzekłam bez zastanowienia i położyłam dłoń na brzuchu – Przez to całe zamieszanie z wywiadami, nie jadałam dzisiaj śniadania.
Caesar popatrzył na mnie jakbym uciekła z zakładu psychiatrycznego po czym wybuchnął głośnym śmiechem. Publiczność poszła w jego ślady, po chwili scena drżała pod wpływem roześmianego społeczeństwa.
- Wiesz co? – zapytał kiedy już zdążył się uspokoić.
- Co mam wiedzieć? – spytałam łagodnie.
- Intrygujesz mnie. Obiecuję Ci, że postawię w zakładach na Ciebie.
- Jestem pewna, że powtarzasz to każdemu trybutowi. – machnęłam ręką, udając obojętność, ale mój żołądek odtańczył w tym samym czasie kankana ze szczęścia.
- A słyszałaś, żebym komuś to dzisiaj powiedział? – uniósł brwi, czekając na odpowiedź.
- Szczerze mówiąc, to nie słuchałam poprzednich wywiadów. – przyznałam ze skruchą - Byłam skupiona na utrzymaniu tego bukietu w swoich drżących rękach.
Prowadzący udał smutek, wspomniał coś o niepotrzebnych nerwach naszych młodych uczestników, po czym wyskoczył z pewną propozycją.
- Mam pomysł. – zatarł ręce z ekscytacji – Trzymasz w dłoni piękny bukiet. Rzuć nim w nich. – wskazał na trybutów, którzy siedzieli z tyłu sceny na miękkich, czarnych fotelach. – Ten kto złapie kwiaty, wygra tegoroczne Igrzyska Głodowe.
Zgodziłam się po czym wstałam i wyszłam na środek sceny. Popatrzyłam na ludzi siedzących naprzeciwko mnie. Oczy im lśniły z radości i zniecierpliwienia.
Lekko rzuciłam bukiet w górę, tuż nad swoją głową. Po pięciu sekundach wpadł ponownie w moje ręce.
- O, popatrz. – udawałam zdziwienie – Ja go złapałam.
Flickerman po raz drugi wybuchł niekontrolowanym śmiechem, a publiczność ponownie mu zawtórowała. Byli jak jego cień, płakali i śmiali się razem z nim.
Po dojściu do siebie wyszedł na środek i stanął obok mnie.
- Niezłe z Ciebie ziółko. – mrugnął okiem i uśmiechnął się ukazując przy tym rządek równych, idealnie białych zębów. Po czym wziął mnie za rękę i uniósł ją wysoko.
- Panie i Panowie, Ellen Pierce! – zawołał, a Kapitolińczycy nagrodzili nas gromkimi brawami.   

Kiedy pojawiłam się za sceną, zawodowcy obrzucili mnie pełnymi oburzenia i pogardy spojrzeniami.
Pewnie wkurzyli się o ten bukiet. – pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie.
- Ellen, słońce, byłaś cudowna! – Lauren pochwyciła mnie w swoje ramiona i ucałowała powietrze unoszące się koło moich policzków. – Zwaliłaś ich z nóg! – zaklaskała i zdjęła mi maskę z twarzy. – Przede mną nie musisz się ukrywać. – obdarzyła mnie jednym ze swoich uśmiechów z serii ,,jestem z ciebie taka dumna, nie zepsuj tego”.
- Dobra robota. – ktoś poklepał mnie po ramieniu. Kątem oka dostrzegłam, że był to Olivier.
- Winy odkupione? – spytałam nieśmiało, bojąc się spojrzeć mu w oczy.
- Jasne! – odparł i przytulił mnie.
Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że to mój tata. Położyłam głowę na jego piersi i przez chwilę trwaliśmy w takim uścisku.
- Koniec tego dobrego. – Oliver ze śmiechem odsunął mnie od siebie i spojrzał na ekran, znajdujący się ponad naszymi głowami.
Podążyłam za nim wzrokiem.
Na fotelu, już wygodnie rozsiadł się Aleks, sprawiający wrażenie człowieka, któremu wszystko zwisa, lata i powiewa.
- Masz cięty język! – Caesar z uznaniem poklepał go po ramieniu. – Dobraliście się idealnie razem z twoją przyjaciółką, prawda
- To nie jest moja przyjaciółka. – poinformował go chłopak stanowczym tonem.
- Nie lubicie się? – zapytał prowadzący pełen zainteresowania tą kwestią.
- To mało powiedziane. – prychnął Aleks po czym obniżył głos i dodał – Będzie pierwszą osobą, którą zabiję, kiedy tylko znajdziemy się na arenie.