piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 5



Dzisiaj był ostatni dzień treningów.
Trzymałam się z dala od łuku, natomiast dużo czasu spędziłam przy stoisku z nożami  i mieczami. Pod koniec jeszcze raz próbowałam opanować sztukę maskowania się, ale nic to nie dało. Byłam w tym beznadziejna. W ostatnim dniu więcej czasu poświęciłam też na przyglądaniu się innym zawodowcom. Muszę przyznać, że nie było słabego ogniwa w tym roku. Każdy coś potrafił i popisywał się przed innymi. Aleks potrafił podnieść każdy ciężki przedmiot i rzucać celnie nożami z zamkniętymi oczami.
Nie chciałam jednak by zobaczył na mojej twarzy podziw więc udawałam, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
Zauważyłam, że jedna rzecz na której się skupiam tutaj najbardziej to udawanie. Udawanie, że świetnie się bawię na treningach. Udawanie, że jestem w czymś dobra. Udawanie, że przestrogi zawodowców mnie nie ruszają. Udawanie, że mam szanse przeżyć…
Po treningach mieliśmy kilka godzin czasu na odpoczynek, a w godzinach wieczornych odbyło się sprawdzanie umiejętności.
Nie ukrywam, że byłam bardzo zdenerwowana, zależało mi na dobrej ocenie, gdyż nie mając sojuszników, przydali by mi się chociaż sponsorzy.
Równo o godzinie 18, razem z Aleksem pojawiłam się w poczekalni, przed ośrodkiem szkoleniowym. Należeliśmy do 9 Dystryktu, a więc występowaliśmy jako jedni z ostatnich.
Zajęliśmy wolne miejsca w tyle i czekaliśmy aż zaczną wywoływać trybutów z 1 Dystryktu, których swoją drogą jeszcze nie było.
Zjawili się dopiero po 20 minutach. Mimo swojego spóźnienia nie wyglądali na podenerwowanych. Albo naprawdę ich to nie obchodziło, albo sztukę ukrywania emocji mieli opanowaną do perfekcji. Ja byłam bardzo dobra w wyczytywaniu ludzkich uczuć, miałam oko do detali, jednak tym razem nie udało mi się nic wyczytać z ich twarzy.
Dziewczyna miała kręcone, blond włosy, sięgające pasa, była średniego wzrostu, jej oczy przypominały kolor złota. Muszę przyznać, że była naprawdę ładna, pewnie zgarnie wszystkich sponsorów płci męskiej. Nie była jednak tak szczupła jak Nathalie. Podkreślała swoje kobiece kształty. Na plakietce przyczepionej to stroju wygrawerowane było imię: Tris.
Jej partnerem z 2 Dystryktu był Gabriel. Jego imię totalnie nie pasowało do wyglądu. Jak dla mnie pod tym imieniem kryje się postawa delikatnego, wrażliwego chłopca. Tymczasem był to wielki, umięśniony chłopak, a jego czarne oczy były przepełnione nienawiścią. Miał bardzo ciemną karnację, jak murzyn. Jego czarnych, króciutkich włosów, praktycznie nie było widać. A jego idealnie białe zęby wyszczerzone były w przeraźliwym uśmiechu.
Para zajęła ostatnie wolne miejsca i wszyscy siedzieliśmy pogrążeni w zupełnej ciszy.
Po kilku minutach usłyszeliśmy kobiecy głos, wypływający z głośnika nad nami.
- Nathalie Hale, Dystrykt 1, proszona na sale.
Trybutka wstała i pewnym krokiem podeszła do drzwi, otworzyły się, zdążyła jeszcze szybko posłać mi wrogie spojrzenie a następnie zniknęła w sali ośrodka szkoleniowego.
Po 10 minutach zawołali chłopaka z Jedynki.
I tak po kolei, każdy wezwany opuszczał poczekalnie. Po dwóch godzinach zostało już mniej niż połowa uczestników.
- Jennifer Alison, Dystrykt 8, proszona na salę. – rozbrzmiał głos.
Dziewczyna podniosła się z krzesła i niepewnym krokiem ruszył do drzwi. Zaczęłam się straszliwie denerwować, jeszcze około 20 minut i nadejdzie moja kolej.
Mocno zacisnęłam dłonie i zagryzłam wargę. Zamknęłam oczy i zaczęłam wystukiwać butem rytm w lśniącą posadzkę, to zawsze mnie uspokajało. Tym razem nawet to nie pomogło. Kiedy wezwali chłopaka z Ósemki, moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam nic zrobić, żeby opanować nerwy. Miałam wrażenie, że zaraz mnie rozsadzi. Zrobiłam kilka głębokich wdechów i wtedy to usłyszałam.
- Ellen Pierce, Dystrykt 9, proszona na salę.
Wstałam i najwolniej jak się da podeszłam do drzwi. Rozsunęły się, a ja zrobiłam krok przód. Gdy tylko przekroczyłam linię, drzwi szybko się zasunęły. Zdenerwowana odskoczyłam.
Nie mogę pokazać im, że się boję. – pomyślałam – Muszę dostać jak najwięcej punktów.
Z uniesioną głową wyszłam na środek sali. Oceniający siedzieli po drugiej stronie pomieszczenia, na znajdującym się bardzo wysoko ogromnym balkonie.
- Ellen Pierce. – powiedziałam lekko drżącym głosem.
- Pokaż co potrafisz. – zwrócił się do mnie, a raczej do mikrofonu, organizator Igrzysk.
Nerwowo rozglądnęłam się po stoiskach i ogarnęła mnie panika.
Przez to wszystko nawet nie zdecydowałam co chcę im pokazać!
Miałam na to cały dzień, a tymczasem nawet o tym nie pomyślałam! Nie mogłam dowierzyć swojej własnej głupocie. Nie chciałam się jednak załamywać.
Szybka decyzja. – pomyślałam i nim zdążyłam cokolwiek postanowić moje nogi same powędrowały w kierunku rozłożonych na stole mieczy.
Wybrałam jeden, ten sam, którym walczyłam z Paulem i ustawiłam się przodem do organizatorów.
- Gotowa. – oznajmiłam głośno i nacisnęłam czerwony guzik.
Pojawił się przede mną olbrzymi manekin. Zacisnęłam palce na rękojeści miecza i uważnie wpatrywałam się w wyimaginowanego
przede mną człowieka. Postąpiłam mały krok do przodu, czekając na jego ruch. Nie byłam pewna czy dobrze robię, ale zanim zdążyłam to przemyśleć, zaatakował.
Wbił mi swój wykreowany komputerowo miecz prosto w brzuch.
Zgięłam się w pasie i zawyłam z bólu. Kto by pomyślał, że uderzenie czymś nieistniejącym może tak boleć.
Odruchowo cofnęłam się i po kilku sekundach natarłam na przeciwnika z podwójną siłą. W sam środek klatki piersiowej, pięknie. Poczułam, że moje spięte mięśnie nieco się rozluźniają, więc nie czekając na jego ruch, jeszcze raz wbiłam mu ostrze miecza w brzuch.
Było to tak mocne uderzenie, że powaliło mojego wyimaginowanego wroga na posadzkę. Zadowolona zwróciłam głowę w stronę organizatorów, przekonana, że walka jest już skończona. Nie mogłam się bardziej mylić. Manekin wykorzystał moją chwilę nie uwagi, zwlókł się z ziemi i zaatakował mnie od tyłu.
Poczułam, że niematerialny miecz wbija mi się w ramię.
Wypuściłam miecz z ręki, ugięłam kolana i uklęknęłam na ziemi.
Po omacku zaczęłam szukać mojego miecza na ziemi, jednak nie udało mi się go dosięgnąć. Przeciwnik podłożył mi miecz do gardła. Zastygliśmy w takiej pozycji na kilka sekund. Było wiadome, że wygrał. Zniknął więc, a ja siedząc na ziemi nieśmiało podniosłam wzrok na jury. Byłam skończona i bardzo dobrze zdawałam sobie z tego sprawę.
Podniosłam się i stanęłam na drżących nogach.
Organizatorzy patrzyli na mnie rozbawieni.
- Hmm… Dziękujemy panno Pierce. Pokaz zakończony.
Spuściłam głowę i ruszyłam w stronę drzwi, by jak najszybciej opuścić miejsce mojej porażki. Jak Olivier się dowie, dostanie szału, a Aleks umrze ze śmiechu. Nie chciałam dawać mu tej satysfakcji.
Tak rozmyślając, nawet nie spostrzegłam się kiedy stałam w salonie Dystryktu 9.
- Ellen, kochanie jak poszło? – zaszczebiotała Lauren obejmując mnie w pasie.
Spojrzałam na mojego mentora, który właśnie zmierzał w moją stronę i Aleksa, leżącego na sofie i wpatrującego się we mnie pytającym wzrokiem.
Odpowiedziałam jej skinieniem głowy, miałam nadzieję, że dadzą mi spokój, ale to było niemożliwe.
- Czyli dobrze? – chciał upewnić się Oliver.
Spojrzałam mu w oczy. Były pełne nadziei, tak bardzo zaczął we mnie wierzyć po wygranej z Paulem. Nie chciałam go rozczarowywać.
- Tak, świetnie. – skłamałam i usiadłam na fotelu z ciemnej skóry, stojącego zaraz naprzeciwko ogromnego ekranu.
- Tylko tyle? – Aleks uniósł brwi w geście zdziwienia – Nie pochwalisz się jak to wygrałaś walkę z manekinem? Chciałbym usłyszeć twoją relację.
- Poczekajmy na wyniku. – odparłam chłodno i wlepiłam wzrok w olbrzymią plazmę. Nie chciałam, żeby ogłaszali wyniki, wtedy już na pewno nie zdobędę sponsorów. Miałam ochotę się rozpłakać, ale nie zamierzałam ukazywać słabości. Każdy ponosi porażki, ja swoją przyjmę z honorem i spokojem. Głęboko wciągnęłam powietrze po czym zajęłam się oglądaniem wiadomości z ostatniej chwili, które były nadawane na głównej stacji Kapitolu.
Mówili o tym, że jutro czekają nas wywiady z każdym z trybutów i wszyscy są bardzo podekscytowani. Pokazali kilka krótkich urywków z wywiadów, przeprowadzonych z naszymi stylistami i mentorami. Oliver zapytany o swoich podopiecznych nic nie odpowiedział, tylko zaczął się śmiać.
Nie rozumiem skąd u niego takie zachowanie, i co zamierzał tym osiągnąć, ale nie zamierzałam tego komentować.
Po kilkunastu minutach nadeszła chwila, której obawiałam się już od niespełna pół godziny.
- Panie i Panowie! – na ekranach pojawiła się sylwetka
Caesara Flickermana, który z szerokim uśmiechem na ustach powitał wszystkich siedzących przed ekranami. – Zaraz zobaczą państwo ile punktów otrzymał każdy z naszych trybutów. Nie wiem jak wy, ale ja wprost nie mogę się doczekać! Bardzo intrygują mnie nieznajomi z 9 Dystryktu, zobaczymy jak się spisali! – wykrzyknął głosem pełnych emocji.
Zacisnęłam dłonie na oparciu fotela. Ze strachem wpatrywałam się w ekran modląc się, żeby nagle wywaliło korki. To przecież takie proste! Wystarczy mała awaria!
W tym samym czasie Caesar zasiadł przy małym srebrnym stole i skierował swój wzrok do kamery. Następnie zatarł ręce z podekscytowania i właśnie wtedy na ekranie pojawiła się twarz Trybuta z Pierwszego Dystryktu. Paul. Kilka sekund później, obok jego zaciętej twarzy pojawiła się punktacja. 10 punktów.
Jego partnerce Nathalie poszło niewiele gorzej, uzyskała 8 punktów.
Potrafiłam sobie wyobrazić jak właśnie pełni radości skaczą po salonie i modlą się o jak najgorsze wyniki pozostałych.
Trybuci z dwójki otrzymali równo po 9 punktów.
- Wspaniale, wspaniale! – Flickerman klasnął w dłonie i zaczął gratulować sukcesu naszym zawodowcom.
 Jestem pewna, musieli wykazać się ponadprzeciętnymi umiejętnościami. W głębi serca czułam ukłucie zazdrości. No bo dlaczego to mi nigdy nic nie wychodzi?! W myślach zaczęłam użalać się nad sobą i obmyślać scenariusze mojego życia podczas ostatnich kilku dni istnienia. Całkowicie mnie to pochłonęło i ocknęłam się dopiero przy Dystrykcie 7.
Jennifer otrzymała dobre 7 punktów. Była to ta dziewczyna, którą widziałam poprzedniego dnia z wysokim, chudym chłopakiem u boku. Obserwowali mnie podczas moich zmagań z nożami
Wiedziałam, że nie można ich ignorować, wyglądali na szalenie sprytnych ludzi. Czego nie uda im się wywalczyć, dorobią swoją inteligencją. Nie myliłam się, jej towarzysz – Ryan także otrzymał wynik o wysokości 7 punktów.
- A teraz zagadka dzisiejszego roku, Dystrykt 9! – wykrzyczał Caesar tak głośno, że musiałam zatkać sobie uszy.
Wyprostowałam się i mocno zacisnęłam zęby. Za chwilę nadejdzie chwila mojej życiowej klęski.
- Aleks Ray. – tym razem na ekranie nie pojawiła się twarz. Pozostał on czarny. Wyświetliły się tylko dwie cyferki, które przybrały postać 10.
- Tak! – wykrzyknął mój zarozumiały partner – Wiedziałem, że mi się uda! Byłem niesamowity! – przyznał skromnie, a Oliver z uznaniem poklepał go po ramieniu. Na jego twarzy malowała się duma. Szkoda tylko, że zaraz  ta radość przemieni się w złość i smutek.
- Ellen Pierce.
Wstrzymałam oddech wyczekując najgorszego. Próbowałam przypomnieć sobie czy kiedykolwiek ktoś w historii Igrzysk Głodowych otrzymał punktacje równą 0. Niestety nie mogłam przywołać do pamięci takiego przypadku. No cóż, będę pierwsza i niewątpliwie zyskam wielkie zainteresowanie wśród innych. Nie sądzę jednak, żeby to było takiego typu zainteresowanie, którego mogliby mi pozazdrościć inni uczestnicy. No i moje przewidywania sprawdziły się.
MARNE 4 PUNKTY.
Skuliłam się w fotelu czując na sobie triumfujący wzrok Aleksa i zrozpaczony wzrok moich mentorów.
- Czekaj co powiedziałaś? Że poszło Ci świetnie? – zarechotał Aleks klepiąc się po brzuchu.
Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Wydawał się trochę niepoważny, ale już i tak nie miałam nic do stracenia. Nie mogłam pogorszyć swojej obecnej sytuacji.
- Tak, właśnie tak powiedziałam. – spojrzałam na niego wyzywająco.
- Co miałaś na myśli Ellen? – zwróciła się do mnie zmieszana Lauren.
Przewróciłam oczami jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Jak ludzie pomyślą, że jestem słaba, nie zwrócą na mnie zbytniej uwagi. To może być moja mocna strona. Silna dziewczyna, ukryta pod skórą totalnego nieudacznika.
- A jak wyjaśnisz wygraną z Paulem?
- No cóż… - zawahałam się – Trybuci mogą wziąć to za zwykły przypadek. Podobno idiota często ma szczęście.
- Chyba się nie zrozumieliśmy Ellen. – wyraźnie zdenerwowany Oliver podniósł głos – O ile dobrze pamiętam, ustaliliśmy, że takie decyzje podejmujemy wspólnie. Jak śmiałaś zrobić coś takiego bez mojej wiedzy?! Byłaś pewna, że to tak znakomity pomysł, że twój mentor nie musi o tym wiedzieć?! Co ty sobie myślałaś dziewczyno?! Zachowałaś się nieodpowiedzialnie, a ja myślałem, że mogę Ci ufać! – zaczął wymachiwać rękami, a włosy zjeżyły mu się na głowie.
- Przepraszam. – odpowiedziałam ze skruchą – Nie wiedziałam, że to aż takie ważne. – kątem oka zerknęłam na ekran. Śliczna dziewczyna z Dwunastki otrzymała notę 8 punktów, natomiast mały chłopiec w wieku 12 lat, 6 punktów. Cudownie, nawet taki maluch był lepszy ode mnie. Już wyobrażam sobie jak zawodowcy pokładają się na ziemi ze śmiechu, mówiąc jaka to ze mnie ofiara losu.
- Nie wiedziałaś, że to takie ważne?! – mentor złapał się za głowę. – Dziecko! Ta decyzja może zaważyć o twoim życiu! – spojrzał na mnie z odrazą. Po raz pierwszy w życiu nazwał mnie dzieckiem, czułam się parszywie. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Wiesz co?! – wykrzyknął – Nie ważne, rób co chcesz, skoro jesteś taka samodzielna. Niech los zawsze Ci sprzyja! – strącił dwie olbrzymie książki ze stołu i ze złością wyszedł z salonu.
Lauren natychmiast pobiegła za Olivierem, by go trochę uspokoić  i nie doprowadzić do rozsadzenia ośrodka, a ja zostałam sama.
Sama z Aleksem, rzucającym w moją stronę spojrzenia pełne niedowierzania.
Też nie mogłam dowierzyć w tą głupotę. Byłam skończoną idiotką.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 4 - część 2



Kiedy trenerka przedstawiała wersje zdarzeń Olivierowi, wydawał się być strasznie zły, patrzył na mnie surowym wzrokiem.
Jednak zaraz po jej wyjściu Oliver zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
- Dobra robota! – uśmiechnął się szeroko i zaczął czochrać mi włosy.
- Nie gniewasz się? – zapytałam zdziwiona i zdjęłam jego rękę z mojej głowy.
- A powinienem? – wybuchnął śmiechem – Pokonałaś zawodowca! Jutro już wszyscy będą chcieli zawierać z Tobą sojusze!
Lekko się uśmiechnęłam, też byłam z siebie zadowolona.
- Ale jak to się stało? – spoważniał na chwilę – Mówiłaś, że nie potrafisz władać bronią.
- Tak mi się wydawało. – stwierdziłam nieśmiało, nie chciałam mu mówić, że to prawdopodobnie tylko jedna rzecz, która mi wychodzi, nie licząc wiązania supłów.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym opróżnił szklankę z sokiem owocowym.
- Uwielbiam Cię Ellen. – mrugnął do mnie, po czym opuścił salon, czułam się jeszcze lepiej niż wtedy kiedy przyłożyłam chłopakowi z Jedynki miecz do gardła.
Niestety Oliver mylił się, o czym przekonałam się boleśnie następnego dnia. Nikt z trybutów nie poprosił mnie o sojusz, jakby zapomnieli o wydarzeniu z poprzedniego dnia… oczywiście poza karierowcami.
Kiedy tylko przekroczyłam próg ośrodka szkoleniowego, naskoczyła na mnie dziewczyna z Jedynki.
Była mniej więcej mojego wzrostu, tak samo szczupła jak ja, więc zapewne była też szybka. Ciemnorude włosy miała spięte w koński ogon, a jej orzechowe oczy (identyczne jak moje!) wpatrywały się we mnie ze złością. Nie do wiary, że znalazłam w nas aż tyle podobieństw.
- Nie myśl sobie, że jak pokonałaś Paula, to jesteś od niego lepsza. Nie jesteś. Przekonasz się o tym już w pierwszym dniu bycia na arenie. Tak swoją drogą to mam na imię Nathalie. Byłoby głupio, gdybyś nie znała imiona swojej morderczyni, prawda? – dorzuciła kpiącym tonem i odwróciła się na pięcie, uderzając mnie przy tym swoimi włosami o twarz.
Skrzywiłam się, chciałam sojuszy, a jedyne czego sobie przysporzyłam to wrogów. Cudownie, ciekawe co powie Oliver, kiedy go o tym poinformuje.
Udając, że nie przejęłam się jej słowami ruszyłam w stronę stoiska z łukiem. Miałam nadzieję, że dzisiaj nie zrobię z siebie pośmiewiska. Do jednej ręki wzięłam łuk, a do drugiej kołczan ze strzałami i założyłam go sobie na plecy. Jedyny łuk jaki dotąd miałam w rękach był dwoma giętkimi patykami, powiązanymi liśćmi. Jak mam być szczera, nigdy nie upolowałam ani jednego zwierzęcia, moje strzały nie dolatywały nawet do bliskich i dużych obiektów. Obym nie miała za chwilę powtórki z rozrywki.
Zestresowana ustawiłam się naprzeciwko tarczy oraz rozłożonych wokół mnie manekinów w sporej odległości.
Przygotowałam strzałę, drżącymi dłońmi napięłam cięciwę i puściłam strzałę.  Przeleciała nad tarczą. Spróbowałam kolejny raz.
Tym razem strzała ledwo musnęła ramię manekina, ale także spudłowałam. Oddałam strzał jeszcze kilka razy, każdy kończył się tak samo. Przebiegłam wzrokiem po sali, żeby mieć pewność, że nikt na mnie nie patrzy, na szczęście wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Wyciągnęłam przedostatnią strzałę i wystrzeliłam, przeleciała zaraz koło szyi manekina, ale także nie wbiła się w materiał. Zdenerwowana, trzymając ostatnią nadzieję w ręce, nałożyłam ją na łuk. Zmrużyłam jedno oko i powoli naciągnęłam cięciwę. Wymierzyłam idealnie w serce. Puściłam.
Strzała trafiła w udo. Cóż, przynajmniej nie spudłowałam. Kątem oka, dostrzegłam, że Aleks mnie obserwuję. Zrobiłam więc pewną siebie minę, sugerującą, że tam właśnie celowałam i szybko odłożyłam łuk na miejsce, żeby nikt inny nie miał szansy zidentyfikować mnie z nim w ręce.
Pewnym krokiem ruszyłam do stosika z nożami oraz włóczniami.
Stały przy nim już dwie osoby.
Niska, dobrze zbudowana dziewczyna, z krótko ściętymi czarnymi włosami, sięgającymi najwyżej do ramion. Rzuciła mi tylko przelotne spojrzenie, ale zauważyłam, że ma bardzo ładne niebieskie oczy. Wyglądała na sprytną i przebiegłą osobę.
Zapewne nie da się pokonać tak szybko.
Chłopak z którym rozmawiała, także był niski, ale za to okropnie chudy. Na jego kościstej twarzy założone były okrągłe okulary, a zza nich było widać małe zielone oczy, przypominające oczy u chińczyków. Jego fryzura wyglądała tak jakby właśnie przeszła ogromne tornado. Każdy z jego blond loków sterczał w inną stronę, a dodatkowo jego czupryna znacznie zasłaniała mu pole widzenia. Niewątpliwie był mądrym chłopakiem, możliwe, że zawarli sojusz.
Razem będą silniejsi.
Przeszłam obok Jennifer i Ryana (bo tak głosiły ich plakietki, przyczepione do stroju treningowego) i stanęłam przy broni, rozłożonej na metalowej ladzie.
Wybrałam sobie 6 pierwszych lepszych noży i stanęłam za czerwoną linią. Nacisnęłam na zielony guzik, a z sufitu zaczęły spadać manekiny. Jeden rzut. Pudło. Drugi rzut. Pudło. Trzeci rzut. Pudło. Czwarty rzut. Pudło. Piąty rzut. Trafienie w ramię. Szósty rzut. Prosto w brzuch.
Nie było tak, źle jak z łukiem, tym bardziej, ze tam celowałam do nieruchomych manekinów, a te cały czas były w ruchu. Trafienie w któryś z nich wymagało większej precyzji.
Nie zwracając uwagi na nikogo innego, sięgnęłam po włócznie.
Próbowałam trafić w któregoś z latających nade mną manekinów, lecz na 12 prób, trafiłam tylko 1 raz, w kostkę. Włócznie były znacznie cięższe i trudno było rzucać nimi daleko, a co dopiero trafnie. Wiedziałam, że Jennifer i Ryan cały czas mnie obserwują i pewnie w duchu śmieją się z moich umiejętności, ale na tą chwilę miałam to gdzieś. Nie mogłam być ze wszystkiego dobra.
Mimo tego, żeby uniknąć większych porażek dałam sobie spokój z włóczniami i postanowiłam porzucać jeszcze nożami, żeby nabrać większej wprawy.
Kilka razy spudłowałam, lecz większość rzutów była trafnych, raz trafiłam nawet w środek głowy. Uśmiechnęłam się.
W normalnych okolicznościach nie cieszyłabym się, że trafiłam kogoś w głowę, lecz Igrzyska zawsze zmieniały ludzi.
W mniejszym, czy większym stopniu. Było to nieuniknione, jedyne co można było zrobić, to starać się przeżyć z jak najmniejszą ilością ludzkich żyć na sumieniu. To mój cel i zamierzam go osiągnąć.
Mogą zmienić mnie w jakiś sposób, ale nie zrobią ze mnie potwora. Nie stanę się taka jak oni, nie będę kolejnym pionkiem w ich grze.
Postaram się wygrać, ale nie takim kosztem.

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 4 - część 1


Nazajutrz, zaraz po śniadaniu udaliśmy się z Aleksem do ośrodka szkoleniowego. Musieliśmy zjechać windą na parter, a następnie pokonaliśmy długi, kręty korytarz, aż w końcu stanęliśmy przed dużymi metalowymi drzwiami. Kiedy tylko podeszliśmy bliżej, rozsunęły się przed nami i weszliśmy do środka.
Usiedliśmy na materacach, tak jak zrobili to przybyli trybuci i czekaliśmy na pozostałych. Po 10 minutach dołączyli do nas zawodowcy, czyli osoby z 1, 2 i 4 Dystryktu. To zawsze oni stanowili największe zagrożenie dla pozostałych. Byli trenowani pod kątem Igrzysk od dzieciństwa, często osoby z tych Dystryktów same zgłaszały się na ochotników. W tym roku jednak nie było takiego przypadku.
Kiedy już wszyscy tegoroczni trybuci znajdowali się na Sali, głos zabrała, niska czarnoskóra dziewczyna.
- Nie wdawajcie się w żadne bójki, trenujcie solidnie przez te kilka dni, żeby okazać się jak najmocniejszymi na arenie. – poleciła krótko i oddaliła się w stronę metalowych drzwi.
Po jej wyjściu, weszli do pomieszczenia dwaj ochroniarze, którzy mieli nas pilnować przez czas treningów. Ustawili się po obu końcach sali i skrzyżowali ręce na piersiach. Muszę przyznać, że wyglądali groźnie.
Rozejrzałam się po ośrodku, nie za bardzo wiedziałam od czego powinnam zacząć. Było tutaj tyle różnych stanowisk i każde zamierzałam wypróbować. Powinnam też obserwować pozostałych uczestników, zwłaszcza tych z pierwszych Dystryktów, moich największych wrogów.
Postanowiłam zacząć od najprostszych rzeczy, więc najpierw podeszłam do stoiska z węzłami. Otworzyłam duży podręcznik ze wskazówkami i zaczęłam je po kolei wiązać. W zasadzie szło mi całkiem nieźle, robiłam to w miarę szybko i dokładnie. Po godzinie szkolenia umiałam już wiązać sporo węzłów, by móc zastawić pułapki na zwierzęta… i ludzi. Jeden z nich zacisnęłam tak mocno, że nie sposób było go rozwiązać, więc porzuciłam stoisko z węzłami i przeszłam do kolejnej rzeczy.
Następnym stoiskiem było stoisko z demaskowaniem.  Zgromadziło się przy nim dość dużo osób, ale nie przejęłam się tym. Nie mogą pomyśleć, że ich unikam, a co dopiero, że się ich boję. Stanęłam koło niskiego, pulchnego chłopca, wyglądał na 12 lat. Spojrzał na mnie swoimi przerażonymi oczami, które prawie całkowicie zasłaniała kręcona blond grzywka. Widziałam, że nie wie co ma robić, jak się zachować. Patrzyliśmy się na siebie jeszcze przez chwilę, a potem uciekł. Widziałam jak schował się za stoiskiem z nożami, niezbyt bezpieczne dla niego miejsce.
Oliver opowiadał mi wczoraj o jakimś małym chłopcu, Jamesie, z dystryktu 12. To musiał być on.
Zauważyłam, że podeszła do niego jakaś dziewczyna, uklękła przy nim i zaczęła z nim rozmawiać. Była dosyć niska, o szczupłej, filigranowej sylwetce, jej długie, proste blond włosy swobodnie opadały na ramiona.
Po kilku minutach rozmowy, chłopiec wskazał na mnie palcem. Dziewczyna zwróciła głowę w moją stronę i popatrzyła na mnie swoimi dużymi niebieskimi oczami. Zauważyłam, że z twarzy była do mnie podobna, miała pełne, czerwone usta i mały nos.
Lekko zmarszczyła czoło i przeniosła wzrok znowu na chłopaka.
Obstawiam, że to dziewczyna z jego Dystryktu, raczej dobrowolnie nikt inny by do niego nie podszedł, żeby zapytać się o jego samopoczucie, nawet ja. Wiem, że to okrutne, ale tutaj naprawdę obawiałam się o swoją reputację, to znaczy przed zawarciem sojuszów. Potem będzie mi już wszystko jedno.  
Odwróciłam wzrok i zabrałam się do pracy.
Zaczęłam malować na swojej ręce różne wzory, jeden za drugim, a potem je zmywałam. Najpierw próbowałam przerobić ją na skałę, potem chciałam, by wyglądała jak zielona trawa, pod koniec namalowałam na niej korę drzewa, ale nic mi nie wychodziło. Jak widać, ta dziedzina nie była dla mnie. Boje się, że z pozostałymi pójdzie mi tak samo, nie przetrwam Igrzysk z samą umiejętnością wiązania węzłów. Po godzinie poddałam się i odeszłam od lady, obiecałam sobie, że spróbuje jeszcze jutro.
Stoisko z rozpalaniem ognia oraz z rozpoznawaniem rozmaitych roślin i zwierząt sobie darowałam gdyż jestem w tym niezła.
Wiele nauczyłam się podczas wypraw do lasu z Alanem.
Potrafiliśmy spędzić cały dzień w lesie na zbieraniu dzikich roślin i oglądaniu różnych zwierząt. Mimo tego, że było to już dawno temu, jestem pewna, że wszystko pamiętam.
Po jego śmierci nie odwiedzałam już lasu bez konieczności, czułam się jak intruz, przebywając tam bez niego. Te wyjścia nie miały już swojego dawnego charakteru, więc w zasadzie całe moje życie od tamtego czasu polegało kursowaniu z domu do szkoły i z powrotem. Czasami zahaczałam o fabrykę, w której pracowali rodzice.
Popatrzyłam na zegar. Jeszcze 2 godziny do zakończenia treningu, postanowiłam wykorzystać ten czas na ćwiczenia z mieczem.
Dawno temu, razem z Alanem walczyliśmy na grube, ostro zakończone patyki, myślę, że to praktycznie to samo.
Przy stoisku stał jeden z zawodowców, nie zwróciłam jednak na to uwagi, podeszłam do srebrnej barierki, na której pozawieszane były najróżniejsze miecze, nie były one jednak prawdziwe. Przyjrzałam im się uważnie, udając, że się na tym znam. Tak naprawdę, nie miałam pojęcia czym one się różnią. Przejechałam ręką po głowni i rękojeści kilku mieczy, aż w końcu zdecydowałam się na ten najlżejszy. Wzięłam go do ręki.
W chwili gdy to zrobiłam, chłopak z 2 Dystryktu wybrał sobie jedną z broni, którą przed chwilą oglądałam i zwrócił się do mnie.
- Może mały pojedynek? – uśmiechnął się złowieszczo.
- No nie wiem… - spanikowałam, ale usiłowałam nie zdradzać drżenia głosu – Nie wolno nam teraz walczyć, będziesz miał dużo czasu na arenie.
- To nie będzie walka na poważnie, tylko trening. – nie dawał za wygraną.
Zmierzyłam go wzrokiem. Był wysoki i dobrze zbudowany, co świadczyło o jego sile. Miał długie, jak na chłopaka, brązowe włosy do ramion i spoglądał na mnie zielonymi oczami, które wariacko się świeciły. Przerażał mnie, jednak miałam okazję popisać się przed innymi. Jeżeli zawale, trudno, jeżeli wygram, zyskam szanse na sojusze.
- Zgoda. – odpowiedziałam i ruszyłam na matę, a chłopak w pośpiechu spiął swoje włosy w kucyka. Przebiegłam wzrokiem po sali, wszyscy utkwili w nas wzrok. Nie zamierzali przegapić tego pojedynku. Stanęliśmy na przeciw siebie, zachowując kilkometrową odległość. Kiedy już byliśmy gotowi, jakaś dziewczyna krzyknęła start i zaczęliśmy walczyć.
Przez pierwsze 30 sekund, każde z nas stało w bez ruchu oczekując reakcji z przeciwnej strony. W końcu postanowiłam go zaatakować.
Zadałam cios w brzuch. Odskoczył do tyłu, ale za chwilę zaatakował mnie z podwójną siłą. Uderzył mnie w ramię. Próbowałam oddać mu tym samym, lecz zrobił unik.
Korzystając z okazji wbił mi końcówkę miecza w pierś.
W tamtej chwili podziękowałam organizatorom, za to, że nie zaopatrzyli nas podczas treningów w prawdziwą broń.
Zachwiałam się na nogach, jednak nie upadłam tylko przejechałam mu mieczem po łydce, w normalnych okolicznościach by go to zabolało, ale nie graliśmy na serio.
Przez chwilę powstrzymał atak i tylko wpatrywaliśmy się w siebie.
Kiedy już myślałam, że nie zareaguje, pchnął mnie nożem w łokieć.
Krzyknęłam z bólu i padłam na ziemię.
Zaśmiał się szyderczo i pochylił się nade mną.
- Zakończony pojedynek? – zapytał
- Nie tak szybko. – odparłam wściekła i kopnęłam go stopą w policzek. Odrzuciło do tyłu i upadł, waląc plecami w podłogę.
Szybko się podniosłam i zbliżyłam koniec noża do jego gardła.
- Teraz zakończony. – uśmiechnęłam się do siebie i odłożyłam miecz na swoje miejsce. Kiedy się odwróciłam wszyscy wpatrywali się w nas w osłupieniu, a chłopak z 2 Dystryktu masował się po policzku.
Nagle do sali wbiegła, czarnoskóra kobieta, która powitała nas na początku.
- Nie zrozumieliście moich słów?! – zaczęła krzyczeć – Żadnych walk, przed rozpoczęciem Igrzysk, czy tak trudno to zapamiętać?! – kierowała wzrok to na mnie to na zawodowca. – A wy?! – zwróciła się do ochroniarzy – Od czego tu jesteście?! Chcecie, żeby się pozabijali przed wejściem na arenę?!
- Przecież, to nie są prawdziwe miecze. – zauważył gruby ochroniarz i nerwowo poprawił swój mundur.
- A gdyby były prawdziwe?! – krzyknęła murzynka, widać, że była nieźle zdenerwowana. Jej brązowe oczy, niebezpiecznie się powiększyły. – Porozmawiają z wami wasi mentorzy. Jazda do swoich salonów. – zarządziła.
Wzięła nas pod ramiona i razem z nami szybko wyszła z ośrodka szkoleniowego. Wychodząc, spojrzałam na Aleksa, którego twarz wyrażała absolutne zaskoczenie, sprawiło mi to nie małą satysfakcję.

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 3 - część 2



Aleks też był ubrany w czarne spodnie, bordową koszulę i buty pod kolano, a na głowie miał czarny kapelusz, który całkowicie zasłaniał mu twarz.
Lauren była wniebowzięta.
- Spisaliście się znakomicie! – głośno klasnęła w dłonie, jak to miała w zwyczaju.
- Nie powiedziałabym. – szepnęłam, ale na tyle głośno, że zdołał usłyszeć to Olivier, który uśmiechnął się lekko i puścił do mnie oko.
On zdawał się rozumieć co czuje, przechodził przez to samo, 10 lat temu, wiedział jak to jest. Pod tym względem dawał mi duże wsparcie. Może jemu było nawet trudniej. Jako 18-latek musiał opuścić swoją rodzinę, którą praktycznie w całości utrzymywał i stanąć na arenie, wiedząc, że liczna gromadka jego rodzeństwa będzie oglądać jak z zimną krwią zabija innych. Mogę sobie wyobrazić, że nie był tym zachwycony.
Zaczynałam mu ufać. Skoro on zgodził się na ubranie nas w takie stroje to na pewno ma to sens. Nie zrobiłby nic, żeby nam zaszkodzić. W tamtej chwili przysięgłam sobie, że będę go słuchać, bo tylko on na tym etapie jest w stanie mi pomóc, poza nim nie mam już nikogo.
- Gotowa? – zapytał mentor, kładąc mi dłoń na ramieniu.
Energicznie pokiwałam głową, więc Oliver z Lauren ruszyli do windy, a za nimi szliśmy z uniesionymi głowami ja i Aleks.
Kiedy czekaliśmy na otwarcie się drzwi, mój towarzysz pochylił się nade mną i szepnął mi prosto do ucha:
- No Ellen, teraz to wyglądasz całkiem ładnie, słowo daje, że z tym welonem na głowie mógłbym się w Tobie zakochać, jeszcze żebyś tylko zechciała milczeć…
Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem, którego niestety nie był w stanie zobaczyć, gdyż miałam zasłoniętą całą twarz.
Powstrzymałam się więc od komentarza i bez słowa wsiadłam do widny.
- Idealnie. – usłyszałam.

Kiedy wyszliśmy z windy, naszym oczom ukazała się wielka hala, zastawiona czarnymi 12 rydwanami, a każdy z nich zaprzężony był w dwa czarne konie. Zawsze lubiłam konie, więc od razu podeszłam do naszego, 9 rydwanu i zaczęłam głaskać konie.
- Ellen Pierce, przyjaciółka zwierząt? – zapytał Aleks
Nadal milczałam.
- Wzięłaś sobie do serca moją prośbę? Jejku zaraz naprawdę się w tobie zakocham! – wykrzyknął ironicznie, ale na tyle cicho, że nie usłyszał go nikt poza mną.
Wyciągnęłam z kieszeni spodni dwie kostki cukru, które po kryjomu zwędziłam z jadalni i poczęstowałam nimi oba konie.
- Pamiętacie nasz plan? – zapytał Oliver, ale nawet nie czekał na odpowiedź, nie spodziewał się usłyszeć niczego poza: ,,tak” , więc od razu przeszedł do drugiej rzeczy. – Kiedy wyjedziecie z hali trzy razy mocno potrząśnijcie złotymi pałeczkami. – wskazał na to, co trzymaliśmy w rękach. – Nie patrzcie na publiczność, tylko przed siebie i po prostu jedźcie. Powodzenia. – dokończył, a my wsiedliśmy na nasz rydwan.
Dopiero teraz zaczęłam się denerwować, jakoś wcześniej to do mnie nie docierało. Teraz przyjdzie mi stanąć twarzą w twarz z kapitolińską publicznością, prezydentem Snowem oraz innymi trybutami. Bądź silna. Bądź silna. Powtarzałam sobie to w myślach jak mantrę. To tylko głupia Parada Trybutów, nic zaskakującego nie może się na niej wydarzyć, zwłaszcza, że jeszcze nikt nie ma pojęcia o tym, kim jestem.
- Proszę wsiąść na rydwany, za minutę ruszamy. – oznajmił głos, wydobywający się z głośnika nad naszymi głowami.
Prawie wszyscy trybuci stali już w rydwanach, tylko para z 4 Dystryktu spóźniona wbiegła do hali i teraz pośpiesznie wsiadali do swojego powozu. Z tego wszystkiego, nawet nie zdążyłam przypatrzeć się swoim rywalom, będę musiała zrobić to podczas treningów. Dobrze wiedzieć z kim ma się do czynienia.
Kiedy o tym myślałam, pierwszy powóz już ruszył. Chwilę po nim, w odstępie kilkunastu metrów ruszył drugi. Tak po kolei, każdy rydwan wtaczał się na szeroką drogę, którą mieliśmy pokonać by każdy uważnie mógł nam się przypatrzeć.
Kiedy przejeżdżaliśmy przez bramę, trzy razy potrząsnęliśmy pałeczkami, a po chwili wypłynął z nich złoty dym oraz złote światło, które zawisło nad nami jak kula i pięknie podświetlało złote wstawki na naszych strojach. Dumnie uniosłam głowę i utkwiłam wzrok przed sobą, jak poradził Oliver.
Zobaczyłam na telebimach nasz rydwan. Prezentowaliśmy się wspaniale, teraz nawet i ja muszę to przyznać. Mieniliśmy się na złoto, jak pszenica w słońcu. Czyli nie dość, że wyglądaliśmy oszałamiająco to nasi projektanci pozostali przy tym, by oddać to, czym zajmujemy się w naszym Dystrykcie, ziarnami. Myślałam, że całkowicie odeszli od tego pomysłu.
Nie patrzyłam na publiczność, ale słyszałam, że nam wiwatują, widać im też przypadliśmy do gustu, cóż może mam szanse na sponsorów.
Jechaliśmy dalej. Po obu stronach naszej drogi, w równych odstępach ustawieni byli bębniarze, którzy wybijali rytm na ogromnych bębnach. Słyszałam także orkiestrę, która ustawiona była obok sceny. Ich muzyka była głośna i gdyby nie to, że grywana była w takich okolicznościach, mogłaby mi się spodobać.
Nasze konie gnały galopem, ciągnąc za sobą powóz, muszę przyznać, że widowisko robiło wrażenie.
Kiedy już dojechaliśmy do głównego placu, a nasze rydwany były już ustawione w równym okręgu, prezydent zaczął przemawiać.
Powitał nas, pogratulował udziału w Igrzyskach Głodowych, jakby to było jakieś wyróżnienie narodowe i strzelił swoją standardową gadkę, życząc nam powodzenia, nie wiem po co, bo urządzając taką ,,zabawę” miał nadzieję na naszą śmierć. W połowie jego przemowy, przestałam słuchać i odważyłam się kątem oka spojrzeć na publiczność.
Jak oniemiali wpatrywali się w prezydenta Snow’a, jakby głosił nie wiadomo jaką mądrość. Patrzyli na niego, jak wzorzec godny naśladowania. Nie mogłam na to patrzeć, więc spuściłam wzrok i wpatrywałam się w moje czarne, lakierowane kozaki.
Jak można było zrobić ludziom taką wodę z mózgu, czy oni naprawdę nic nie rozumieją?!
Chciałam to wykrzyczeć na cały głos, spuścić ich na ziemię, żeby się otrząsnęli i zobaczyli jak wygląda sytuacja w Dystryktach. Tam nie jest tak kolorowo jak tutaj. Ludzie walczą o każdą minutę życia, panuje głód, brakuje nam wody, lekarstw, nie mamy pieniędzy nawet na owoce z Jedenastki. To co sami wytworzymy w fabrykach od razu transportuje się do Kapitolu, by Ci ludzie mieli wszystkiego pod dostatkiem. Pracujemy dla nich tak ciężko, żeby im było dobrze, a oni nie robią dla nas niczego w zamian. Nikt nie patrzy na nas, na nasze rodziny, wszyscy ci ludzie to zakłamani egoiści.
Nawet jakbym coś powiedziała, nic to nie zmieni, wpakowałabym w kłopoty nie tylko siebie, lecz także moich rodziców i prawdopodobnie ludzi w całym Dystrykcie.
Milczałam więc, znowu, bo tak podpowiadał mi zdrowy rozsądek.