środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 3 - część 2



Aleks też był ubrany w czarne spodnie, bordową koszulę i buty pod kolano, a na głowie miał czarny kapelusz, który całkowicie zasłaniał mu twarz.
Lauren była wniebowzięta.
- Spisaliście się znakomicie! – głośno klasnęła w dłonie, jak to miała w zwyczaju.
- Nie powiedziałabym. – szepnęłam, ale na tyle głośno, że zdołał usłyszeć to Olivier, który uśmiechnął się lekko i puścił do mnie oko.
On zdawał się rozumieć co czuje, przechodził przez to samo, 10 lat temu, wiedział jak to jest. Pod tym względem dawał mi duże wsparcie. Może jemu było nawet trudniej. Jako 18-latek musiał opuścić swoją rodzinę, którą praktycznie w całości utrzymywał i stanąć na arenie, wiedząc, że liczna gromadka jego rodzeństwa będzie oglądać jak z zimną krwią zabija innych. Mogę sobie wyobrazić, że nie był tym zachwycony.
Zaczynałam mu ufać. Skoro on zgodził się na ubranie nas w takie stroje to na pewno ma to sens. Nie zrobiłby nic, żeby nam zaszkodzić. W tamtej chwili przysięgłam sobie, że będę go słuchać, bo tylko on na tym etapie jest w stanie mi pomóc, poza nim nie mam już nikogo.
- Gotowa? – zapytał mentor, kładąc mi dłoń na ramieniu.
Energicznie pokiwałam głową, więc Oliver z Lauren ruszyli do windy, a za nimi szliśmy z uniesionymi głowami ja i Aleks.
Kiedy czekaliśmy na otwarcie się drzwi, mój towarzysz pochylił się nade mną i szepnął mi prosto do ucha:
- No Ellen, teraz to wyglądasz całkiem ładnie, słowo daje, że z tym welonem na głowie mógłbym się w Tobie zakochać, jeszcze żebyś tylko zechciała milczeć…
Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem, którego niestety nie był w stanie zobaczyć, gdyż miałam zasłoniętą całą twarz.
Powstrzymałam się więc od komentarza i bez słowa wsiadłam do widny.
- Idealnie. – usłyszałam.

Kiedy wyszliśmy z windy, naszym oczom ukazała się wielka hala, zastawiona czarnymi 12 rydwanami, a każdy z nich zaprzężony był w dwa czarne konie. Zawsze lubiłam konie, więc od razu podeszłam do naszego, 9 rydwanu i zaczęłam głaskać konie.
- Ellen Pierce, przyjaciółka zwierząt? – zapytał Aleks
Nadal milczałam.
- Wzięłaś sobie do serca moją prośbę? Jejku zaraz naprawdę się w tobie zakocham! – wykrzyknął ironicznie, ale na tyle cicho, że nie usłyszał go nikt poza mną.
Wyciągnęłam z kieszeni spodni dwie kostki cukru, które po kryjomu zwędziłam z jadalni i poczęstowałam nimi oba konie.
- Pamiętacie nasz plan? – zapytał Oliver, ale nawet nie czekał na odpowiedź, nie spodziewał się usłyszeć niczego poza: ,,tak” , więc od razu przeszedł do drugiej rzeczy. – Kiedy wyjedziecie z hali trzy razy mocno potrząśnijcie złotymi pałeczkami. – wskazał na to, co trzymaliśmy w rękach. – Nie patrzcie na publiczność, tylko przed siebie i po prostu jedźcie. Powodzenia. – dokończył, a my wsiedliśmy na nasz rydwan.
Dopiero teraz zaczęłam się denerwować, jakoś wcześniej to do mnie nie docierało. Teraz przyjdzie mi stanąć twarzą w twarz z kapitolińską publicznością, prezydentem Snowem oraz innymi trybutami. Bądź silna. Bądź silna. Powtarzałam sobie to w myślach jak mantrę. To tylko głupia Parada Trybutów, nic zaskakującego nie może się na niej wydarzyć, zwłaszcza, że jeszcze nikt nie ma pojęcia o tym, kim jestem.
- Proszę wsiąść na rydwany, za minutę ruszamy. – oznajmił głos, wydobywający się z głośnika nad naszymi głowami.
Prawie wszyscy trybuci stali już w rydwanach, tylko para z 4 Dystryktu spóźniona wbiegła do hali i teraz pośpiesznie wsiadali do swojego powozu. Z tego wszystkiego, nawet nie zdążyłam przypatrzeć się swoim rywalom, będę musiała zrobić to podczas treningów. Dobrze wiedzieć z kim ma się do czynienia.
Kiedy o tym myślałam, pierwszy powóz już ruszył. Chwilę po nim, w odstępie kilkunastu metrów ruszył drugi. Tak po kolei, każdy rydwan wtaczał się na szeroką drogę, którą mieliśmy pokonać by każdy uważnie mógł nam się przypatrzeć.
Kiedy przejeżdżaliśmy przez bramę, trzy razy potrząsnęliśmy pałeczkami, a po chwili wypłynął z nich złoty dym oraz złote światło, które zawisło nad nami jak kula i pięknie podświetlało złote wstawki na naszych strojach. Dumnie uniosłam głowę i utkwiłam wzrok przed sobą, jak poradził Oliver.
Zobaczyłam na telebimach nasz rydwan. Prezentowaliśmy się wspaniale, teraz nawet i ja muszę to przyznać. Mieniliśmy się na złoto, jak pszenica w słońcu. Czyli nie dość, że wyglądaliśmy oszałamiająco to nasi projektanci pozostali przy tym, by oddać to, czym zajmujemy się w naszym Dystrykcie, ziarnami. Myślałam, że całkowicie odeszli od tego pomysłu.
Nie patrzyłam na publiczność, ale słyszałam, że nam wiwatują, widać im też przypadliśmy do gustu, cóż może mam szanse na sponsorów.
Jechaliśmy dalej. Po obu stronach naszej drogi, w równych odstępach ustawieni byli bębniarze, którzy wybijali rytm na ogromnych bębnach. Słyszałam także orkiestrę, która ustawiona była obok sceny. Ich muzyka była głośna i gdyby nie to, że grywana była w takich okolicznościach, mogłaby mi się spodobać.
Nasze konie gnały galopem, ciągnąc za sobą powóz, muszę przyznać, że widowisko robiło wrażenie.
Kiedy już dojechaliśmy do głównego placu, a nasze rydwany były już ustawione w równym okręgu, prezydent zaczął przemawiać.
Powitał nas, pogratulował udziału w Igrzyskach Głodowych, jakby to było jakieś wyróżnienie narodowe i strzelił swoją standardową gadkę, życząc nam powodzenia, nie wiem po co, bo urządzając taką ,,zabawę” miał nadzieję na naszą śmierć. W połowie jego przemowy, przestałam słuchać i odważyłam się kątem oka spojrzeć na publiczność.
Jak oniemiali wpatrywali się w prezydenta Snow’a, jakby głosił nie wiadomo jaką mądrość. Patrzyli na niego, jak wzorzec godny naśladowania. Nie mogłam na to patrzeć, więc spuściłam wzrok i wpatrywałam się w moje czarne, lakierowane kozaki.
Jak można było zrobić ludziom taką wodę z mózgu, czy oni naprawdę nic nie rozumieją?!
Chciałam to wykrzyczeć na cały głos, spuścić ich na ziemię, żeby się otrząsnęli i zobaczyli jak wygląda sytuacja w Dystryktach. Tam nie jest tak kolorowo jak tutaj. Ludzie walczą o każdą minutę życia, panuje głód, brakuje nam wody, lekarstw, nie mamy pieniędzy nawet na owoce z Jedenastki. To co sami wytworzymy w fabrykach od razu transportuje się do Kapitolu, by Ci ludzie mieli wszystkiego pod dostatkiem. Pracujemy dla nich tak ciężko, żeby im było dobrze, a oni nie robią dla nas niczego w zamian. Nikt nie patrzy na nas, na nasze rodziny, wszyscy ci ludzie to zakłamani egoiści.
Nawet jakbym coś powiedziała, nic to nie zmieni, wpakowałabym w kłopoty nie tylko siebie, lecz także moich rodziców i prawdopodobnie ludzi w całym Dystrykcie.
Milczałam więc, znowu, bo tak podpowiadał mi zdrowy rozsądek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz