niedziela, 5 stycznia 2014
Rozdział 4 - część 1
Nazajutrz, zaraz po śniadaniu udaliśmy się z Aleksem do ośrodka szkoleniowego. Musieliśmy zjechać windą na parter, a następnie pokonaliśmy długi, kręty korytarz, aż w końcu stanęliśmy przed dużymi metalowymi drzwiami. Kiedy tylko podeszliśmy bliżej, rozsunęły się przed nami i weszliśmy do środka.
Usiedliśmy na materacach, tak jak zrobili to przybyli trybuci i czekaliśmy na pozostałych. Po 10 minutach dołączyli do nas zawodowcy, czyli osoby z 1, 2 i 4 Dystryktu. To zawsze oni stanowili największe zagrożenie dla pozostałych. Byli trenowani pod kątem Igrzysk od dzieciństwa, często osoby z tych Dystryktów same zgłaszały się na ochotników. W tym roku jednak nie było takiego przypadku.
Kiedy już wszyscy tegoroczni trybuci znajdowali się na Sali, głos zabrała, niska czarnoskóra dziewczyna.
- Nie wdawajcie się w żadne bójki, trenujcie solidnie przez te kilka dni, żeby okazać się jak najmocniejszymi na arenie. – poleciła krótko i oddaliła się w stronę metalowych drzwi.
Po jej wyjściu, weszli do pomieszczenia dwaj ochroniarze, którzy mieli nas pilnować przez czas treningów. Ustawili się po obu końcach sali i skrzyżowali ręce na piersiach. Muszę przyznać, że wyglądali groźnie.
Rozejrzałam się po ośrodku, nie za bardzo wiedziałam od czego powinnam zacząć. Było tutaj tyle różnych stanowisk i każde zamierzałam wypróbować. Powinnam też obserwować pozostałych uczestników, zwłaszcza tych z pierwszych Dystryktów, moich największych wrogów.
Postanowiłam zacząć od najprostszych rzeczy, więc najpierw podeszłam do stoiska z węzłami. Otworzyłam duży podręcznik ze wskazówkami i zaczęłam je po kolei wiązać. W zasadzie szło mi całkiem nieźle, robiłam to w miarę szybko i dokładnie. Po godzinie szkolenia umiałam już wiązać sporo węzłów, by móc zastawić pułapki na zwierzęta… i ludzi. Jeden z nich zacisnęłam tak mocno, że nie sposób było go rozwiązać, więc porzuciłam stoisko z węzłami i przeszłam do kolejnej rzeczy.
Następnym stoiskiem było stoisko z demaskowaniem. Zgromadziło się przy nim dość dużo osób, ale nie przejęłam się tym. Nie mogą pomyśleć, że ich unikam, a co dopiero, że się ich boję. Stanęłam koło niskiego, pulchnego chłopca, wyglądał na 12 lat. Spojrzał na mnie swoimi przerażonymi oczami, które prawie całkowicie zasłaniała kręcona blond grzywka. Widziałam, że nie wie co ma robić, jak się zachować. Patrzyliśmy się na siebie jeszcze przez chwilę, a potem uciekł. Widziałam jak schował się za stoiskiem z nożami, niezbyt bezpieczne dla niego miejsce.
Oliver opowiadał mi wczoraj o jakimś małym chłopcu, Jamesie, z dystryktu 12. To musiał być on.
Zauważyłam, że podeszła do niego jakaś dziewczyna, uklękła przy nim i zaczęła z nim rozmawiać. Była dosyć niska, o szczupłej, filigranowej sylwetce, jej długie, proste blond włosy swobodnie opadały na ramiona.
Po kilku minutach rozmowy, chłopiec wskazał na mnie palcem. Dziewczyna zwróciła głowę w moją stronę i popatrzyła na mnie swoimi dużymi niebieskimi oczami. Zauważyłam, że z twarzy była do mnie podobna, miała pełne, czerwone usta i mały nos.
Lekko zmarszczyła czoło i przeniosła wzrok znowu na chłopaka.
Obstawiam, że to dziewczyna z jego Dystryktu, raczej dobrowolnie nikt inny by do niego nie podszedł, żeby zapytać się o jego samopoczucie, nawet ja. Wiem, że to okrutne, ale tutaj naprawdę obawiałam się o swoją reputację, to znaczy przed zawarciem sojuszów. Potem będzie mi już wszystko jedno.
Odwróciłam wzrok i zabrałam się do pracy.
Zaczęłam malować na swojej ręce różne wzory, jeden za drugim, a potem je zmywałam. Najpierw próbowałam przerobić ją na skałę, potem chciałam, by wyglądała jak zielona trawa, pod koniec namalowałam na niej korę drzewa, ale nic mi nie wychodziło. Jak widać, ta dziedzina nie była dla mnie. Boje się, że z pozostałymi pójdzie mi tak samo, nie przetrwam Igrzysk z samą umiejętnością wiązania węzłów. Po godzinie poddałam się i odeszłam od lady, obiecałam sobie, że spróbuje jeszcze jutro.
Stoisko z rozpalaniem ognia oraz z rozpoznawaniem rozmaitych roślin i zwierząt sobie darowałam gdyż jestem w tym niezła.
Wiele nauczyłam się podczas wypraw do lasu z Alanem.
Potrafiliśmy spędzić cały dzień w lesie na zbieraniu dzikich roślin i oglądaniu różnych zwierząt. Mimo tego, że było to już dawno temu, jestem pewna, że wszystko pamiętam.
Po jego śmierci nie odwiedzałam już lasu bez konieczności, czułam się jak intruz, przebywając tam bez niego. Te wyjścia nie miały już swojego dawnego charakteru, więc w zasadzie całe moje życie od tamtego czasu polegało kursowaniu z domu do szkoły i z powrotem. Czasami zahaczałam o fabrykę, w której pracowali rodzice.
Popatrzyłam na zegar. Jeszcze 2 godziny do zakończenia treningu, postanowiłam wykorzystać ten czas na ćwiczenia z mieczem.
Dawno temu, razem z Alanem walczyliśmy na grube, ostro zakończone patyki, myślę, że to praktycznie to samo.
Przy stoisku stał jeden z zawodowców, nie zwróciłam jednak na to uwagi, podeszłam do srebrnej barierki, na której pozawieszane były najróżniejsze miecze, nie były one jednak prawdziwe. Przyjrzałam im się uważnie, udając, że się na tym znam. Tak naprawdę, nie miałam pojęcia czym one się różnią. Przejechałam ręką po głowni i rękojeści kilku mieczy, aż w końcu zdecydowałam się na ten najlżejszy. Wzięłam go do ręki.
W chwili gdy to zrobiłam, chłopak z 2 Dystryktu wybrał sobie jedną z broni, którą przed chwilą oglądałam i zwrócił się do mnie.
- Może mały pojedynek? – uśmiechnął się złowieszczo.
- No nie wiem… - spanikowałam, ale usiłowałam nie zdradzać drżenia głosu – Nie wolno nam teraz walczyć, będziesz miał dużo czasu na arenie.
- To nie będzie walka na poważnie, tylko trening. – nie dawał za wygraną.
Zmierzyłam go wzrokiem. Był wysoki i dobrze zbudowany, co świadczyło o jego sile. Miał długie, jak na chłopaka, brązowe włosy do ramion i spoglądał na mnie zielonymi oczami, które wariacko się świeciły. Przerażał mnie, jednak miałam okazję popisać się przed innymi. Jeżeli zawale, trudno, jeżeli wygram, zyskam szanse na sojusze.
- Zgoda. – odpowiedziałam i ruszyłam na matę, a chłopak w pośpiechu spiął swoje włosy w kucyka. Przebiegłam wzrokiem po sali, wszyscy utkwili w nas wzrok. Nie zamierzali przegapić tego pojedynku. Stanęliśmy na przeciw siebie, zachowując kilkometrową odległość. Kiedy już byliśmy gotowi, jakaś dziewczyna krzyknęła start i zaczęliśmy walczyć.
Przez pierwsze 30 sekund, każde z nas stało w bez ruchu oczekując reakcji z przeciwnej strony. W końcu postanowiłam go zaatakować.
Zadałam cios w brzuch. Odskoczył do tyłu, ale za chwilę zaatakował mnie z podwójną siłą. Uderzył mnie w ramię. Próbowałam oddać mu tym samym, lecz zrobił unik.
Korzystając z okazji wbił mi końcówkę miecza w pierś.
W tamtej chwili podziękowałam organizatorom, za to, że nie zaopatrzyli nas podczas treningów w prawdziwą broń.
Zachwiałam się na nogach, jednak nie upadłam tylko przejechałam mu mieczem po łydce, w normalnych okolicznościach by go to zabolało, ale nie graliśmy na serio.
Przez chwilę powstrzymał atak i tylko wpatrywaliśmy się w siebie.
Kiedy już myślałam, że nie zareaguje, pchnął mnie nożem w łokieć.
Krzyknęłam z bólu i padłam na ziemię.
Zaśmiał się szyderczo i pochylił się nade mną.
- Zakończony pojedynek? – zapytał
- Nie tak szybko. – odparłam wściekła i kopnęłam go stopą w policzek. Odrzuciło do tyłu i upadł, waląc plecami w podłogę.
Szybko się podniosłam i zbliżyłam koniec noża do jego gardła.
- Teraz zakończony. – uśmiechnęłam się do siebie i odłożyłam miecz na swoje miejsce. Kiedy się odwróciłam wszyscy wpatrywali się w nas w osłupieniu, a chłopak z 2 Dystryktu masował się po policzku.
Nagle do sali wbiegła, czarnoskóra kobieta, która powitała nas na początku.
- Nie zrozumieliście moich słów?! – zaczęła krzyczeć – Żadnych walk, przed rozpoczęciem Igrzysk, czy tak trudno to zapamiętać?! – kierowała wzrok to na mnie to na zawodowca. – A wy?! – zwróciła się do ochroniarzy – Od czego tu jesteście?! Chcecie, żeby się pozabijali przed wejściem na arenę?!
- Przecież, to nie są prawdziwe miecze. – zauważył gruby ochroniarz i nerwowo poprawił swój mundur.
- A gdyby były prawdziwe?! – krzyknęła murzynka, widać, że była nieźle zdenerwowana. Jej brązowe oczy, niebezpiecznie się powiększyły. – Porozmawiają z wami wasi mentorzy. Jazda do swoich salonów. – zarządziła.
Wzięła nas pod ramiona i razem z nami szybko wyszła z ośrodka szkoleniowego. Wychodząc, spojrzałam na Aleksa, którego twarz wyrażała absolutne zaskoczenie, sprawiło mi to nie małą satysfakcję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz