niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 3 - część 1





Nazajutrz obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Nawet nie zdążyłam powiedzieć proszę, kiedy do pokoju wtargnęła cała ekipa, której zadaniem było upiększenie mnie.
- Ellen, wstawaj! – Lauren zaklaskała w dłonie i kołysając biodrami przeszła przez całą długość pomieszczenia. Zatrzymała się dopiero przy moim łóżku. – Dzisiaj wielki dzień! Parada Trybutów! Musisz olśnić wszystkich swoim wdziękiem i urodą. O to nie trudno ślicznotko, trzeba Cię tylko doprowadzić do porządku. Tam u Ciebie… chyba nie dbacie o wygląd, prawda?
Nie czekając na odpowiedź, ściągnęła ze mnie kołdrę i poprowadziła na drugi koniec pokoju, gdzie ekipa zdążyła już rozłożyć swoje manatki.
Usiadłam na drewnianym krześle, a oni narzucili mi na ramiona długą, czarną szatę. Rozpuścili mi włosy i przeczesali je bardzo wąskim grzebieniem.
- Podetnijcie tylko te zniszczone końcówki. Ma takie długie, gęste włosy, trochę by było szkoda. – zarządziła Lauren i zapisała coś w swoim dużym notesie. Dzisiaj jej czerwone włosy były całkowicie przylizane, a sukienka była taka długa, że zaczęłam bać się o życie swojej opiekunki. Ja nie przeszłabym nawet kroku w sukience, która ciągnie się za mną jeszcze jakieś pół metra.
Po podcięciu moich końcówek o około 2 cm, upięli mi włosy w wysokiego koka na czubku głowy i przeszli do dalszego etapu upiększającego. Jedna z kobiet zaczęła skubać mi brwi. Skrzywiłam się, a oczy zaczęły mi łzawić. Nie rozumiem, jak można tak cierpieć dla urody, przecież to nie jest w życiu najważniejsze.
Na twarzy mojej kosmetyczki malowało się skupienie. Lekko zagryzała wargę, a oczy zmrużyła w cienkie szparki.
Po tym zabiegu przenieśli mnie na twardy materac, który pojawił się w moim pokoju dosłownie przed chwilą.
Zamknęłam oczy, kiedy po dwóch minutach je otwarłam zobaczyłam, że całe moje ciało pokryte jest białymi plastrami. Nie znalazłam ani jednego milimetra, na którym widać było gołą skórę.
Po chwili zaczęli gwałtownie je zrywać. Zacisnęłam zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. Kiedy już było po wszystkim, odetchnęłam z ulgą i przejechałam całkowicie wydepilowaną ręką po nodze. Gładka jak nigdy. Doprawdy, nie było mi to potrzebne. Mimo tego nic nie powiedziałam, tylko nałożyłam na siebie szlafrok i pytającym wzrokiem spojrzałam na Lauren.
- Teraz zejdziesz do salonu, gdzie odbędziesz rozmowę z Olivierem i Aleksem. Olivier przekaże wam strategię na dzisiejszy dzień. Potem wrócisz tutaj, a ja zaprowadzę Cię do twojego projektanta, który uszył specjalnie dla Ciebie strój na dzisiejszą okazję.
Potem Cię umalujemy i ruszysz by podbijać serca Kapitolińczyków! – ostatnie zdanie wyraźnie zaakcentowała i spojrzała na mnie surowym wzrokiem, oznajmiającym, że nie dopuszcza do siebie jakichkolwiek sprzeciwów.
Oczywiście po wczorajszej rozmowie nie miałam ochoty na kolejną konfrontacje z Aleksem i naszym mentorem, ale wolałam nie denerwować Lauren więc posłusznie kiwnęłam głową. Nie ruszyłam się jednak z miejsca, lecz dalej się w nią wpatrywałam.
- Co? – zapytała rozkojarzona.
- Mam iść… tak? – wskazałam jej na mój strój, który składał się tylko i wyłącznie z jedwabnego szlafroku i ciepłych, wełnianych skarpetek.
- Widzisz jakiś problem? – westchnęła lekko zirytowana i popchnęła mnie w stronę drzwi. Nie miałam wyjścia, więc zeszłam na dół i skierowałam się w stronę salonu.
Kiedy tylko weszłam do pomieszczenia Aleks uniósł wysoko brwi i lekko się uśmiechnął. Nie był to jednak uśmiech z serii tych życzliwych. On także miał na sobie szlafrok, a naprzeciwko niego siedział Oliver, pożerający czekoladową babeczkę.
Kiedy usiadłam obok Aleksa, wytarł dłonie z czekolady w swoje czarne spodnie i spojrzał na nas poważnym wzrokiem.
- Dzisiejsze zadanie jest proste. – stwierdził – Macie wsiąść na rydwan i nikomu nie machać. Do nikogo się nie uśmiechać.
Wytworzy to wokół was aurę tajemniczości. – przerwał, chcąc żeby te słowa wbiły nam się w pamięć – Wasze stroje są ciekawe, zaprojektowane tak, że nie widać wam twarzy. Nikt nie będzie wiedział, aż do wyjścia na arenę, kim są tajemniczy trybuci z Dystryktu 9. – upił łyk wody, ze szklanki stojącej na stole. – Jakieś pytania?
- Tak. – odezwałam się – Powiedziałeś, że nikt nie wie kim jesteśmy. Jak to możliwe? Przecież widzieli nas na Dożynkach, kiedy zostaliśmy wybrani. – Przestałam zwracać się do niego na ,,Pan” jakoś niespecjalnie mi to leżało, w odniesieniu do naszego mentora. On sam nie zwrócił na to uwagi.
- Nie widzieli was. Mieliśmy tego dnia słabą łączność z Kapitolem. Nie daliśmy rady przesłać nagrania, więc przebieg Dożynek z waszego Dystryktu nie jest nikomu znany. Potem już nikt o to się nie dopominał. Wiecie przecież, że Dystrykt 9 mało kogo obchodzi.
- No, Ellen. Ty mała szczęściaro. – zakpił Aleks, nie podnosząc na mnie wzroku. Wiedziałam, że chodzi mu o to, że dzięki temu nikt nie zobaczył jak zemdlałam na scenie. Nie było jeszcze rozmowy, podczas której by mi tego nie przypomniał. Postanowiłam jednak zignorować jego komentarz. Chociaż gdyby nie zdrowy rozsądek, pewnie podcięłabym mu gardło już najbliższej nocy.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale Lauren stwierdziła, że nasza rozmowa się przedłuża, więc porwała mnie i biegnąc dotarłyśmy do pokoju mojego projektanta.
Tak, Lauren biegła w 20 cm szpilkach i sukni jak na ślub.
Zastanawiam się czy to właśnie tego uczą dzieci  w Kapitolińskich szkołach. Jak chodzić ,,pięknie ubranym” i nie zabić się zanim jeszcze opuści się dom. Cóż, dzisiaj ta lekcja niewątpliwie by mi się przydała.
- Witaj Ellen. – powitał mnie projektant – Jestem Chris i będę…
- Tak, wiem. – postanowiłam oszczędzić mu gadki i uśmiechnęłam się szeroko, żeby moje słowa nie zabrzmiały wyniośle.
- Ekhm… Dobrze. – odchrząknął i wskazał mi duże krzesło, stojące naprzeciwko wysokiego i szerokiego na całą ścianę lustra. Całe pomieszczenie było przyciemnione i świeciła się w nim tylko jedna, mała lampka.
Chris był niewiele starszy ode mnie. Właściwie to mógłby być przystojny, gdyby nie makijaż na jego twarzy. Jego powieki były pomalowane na niebiesko, a usta były w kolorze żurawinowym. Cały jego strój był czarny i przylegał do ciała. Nie wiem jak on w ogóle mógł się w tym poruszać, skoro ubranie krępowało praktycznie każdy ruch.
Po kilku minutach Chris wyszedł zza wielkiego stosu ubrań trzymając w ręku strój na Paradę. Wręczył mi go i wyszedł z pokoju, a ja na spokojnie mogłam włożyć na siebie ubranie.
Były to czarne obcisłe dżinsy, z pozłacanymi nogawkami oraz szeroka bordowa koszula, ze złotymi wykończeniami. Włożyłam ją do spodni, a na głowę narzuciłam czarny welon, który całkowicie przykrył mi twarz. Wyglądałam jakbym wybierała się na pogrzeb.
Na koniec założyłam skórzane kozaki na małym obcasie, a do ręki wzięłam złotą pałeczkę, która uprzednio była wsadzona do jednego z butów.
Wspaniale, Hermiona Granger na uroczystości pogrzebowej, świetnie się zapowiada.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę! – zawołałam.
Do pokoju wszedł Chris.
- I jak Ci się podoba? – spytał, uśmiechając się życzliwie.
- Super. – odpowiedziałam cicho, nawet nie siląc się żeby zabrzmiało to wiarygodnie.
- Naprawdę tak myślisz? – wyglądał na lekko zaskoczonego.
- Nie, tak serio to ten strój jest do dupy. – wykrzywiłam się, co Chris skomentował głośnym śmiechem.
- Dzięki za szczerość! – wykrzyknął, dalej się śmiejąc – Ale to nasz plan. O nic nie pytaj.
- Wasz plan jest taki, żeby ludzie patrząc na mój strój, z litości zdecydowali się zostać sponsorami?
Projektant skomentował to tylko szerokim uśmiechem i zawołał to pokoju ekipę przygotowawczą.
- Jodie, Max, róbcie co do was należy. – odparł i zniknął szafami pełnymi ubrań.
Wizażyści od razu zabrali się do pracy.
Max pomalował mi brwi na czarno, a usta potraktował szminką w odcieniu mojej koszuli, natomiast Jodie zajęła się oczami.
Najpierw narysowała mi cienkie kreski na powiekach, a następnie użyła złotego cienia do rozjaśnienia oczu. Na końcu pomalowała mi rzęsy czarnym tuszem.
Jak na tamtejsze zwyczaje makijaż był delikatny, ale z drugiej strony po co się wysilać, skoro moja twarz i tak zniknie pod czarnym welonem.
Po ocenieniu swojej pracy i wykonaniu drobnych poprawek, pokazali efekt końcowy Chrisowi, który nagrodził ich brawami.
Zadowoleni z siebie wizażyści podziękowali mi, ściskając wiele razy moją dłoń oraz całując powietrze znajdujące się nieopodal mojego policzka i wycofali się z pokoju.  Projektant wziął mnie pod rękę i razem skierowaliśmy się w stronę jadalni, gdzie czekali na nas pozostali.

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 2 - część 2




Po skończonym śniadaniu obwieszczono nam, że będziemy w Kapitolu za niecałe 20 minut, więc każdy rozszedł się do swoich pokoi, by spędzić te ostatnie 20 minut spokoju w samotności.
Po wyjściu z pociągu, nie było już ani chwili spokoju. Wokół nas biegali ludzie z aparatami, oślepiali nas błyskiem fleszy i cały czas krzyczeli nasze imiona. Nie rozumiem jak mogą tak na nas reagować, wiedząc, że za kilka dni, w najlepszym wypadku tygodni, nie będzie nas już na tym świecie. Jesteśmy dla nich produktem, kolejnymi zabawkami, które będą walczyć o swoje życie, zabijając innych. Tak! Przecież to takie zabawne!
Byłam zła na tych ludzi, nienawidziłam ich. Chciałabym, żeby chociaż raz w całej historii Igrzysk Głodowych to oni stanęli na arenie i musieli radzić sobie z oparzeniami, odwodnieniem oraz poczuciem winy, które towarzyszyło uczestnikom wraz z zabiciem innego trybuta.
- Ellen, Ellen! – słyszałam wołanie ze wszystkich stron. Wołali mnie, żebym obróciła się w stronę aparatu i wyszczerzyła w pięknym uśmiechu, albo żebym po prostu spojrzała w ich stronę.
- Dobrze Ci radzę, uśmiechaj się. – szepnął mi do ucha Oliver – Chyba, że dasz sobie radę bez sponsorów.
Nie trzeba było mówić mi tego dwa razy. Zaczęłam machać i uśmiechać się do wszystkich, jakbym przez całe życie czekała tylko na tą chwilę. Aleks, moje zachowanie skomentował głośnym prychnięciem, nawet nie próbował udawać, że obchodzą go Ci ludzie. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Nie rozumiem jak to się dzieje, jedno jego spojrzenie i cały mój dobry humor trafia szlag.
Po dłużącej się wędrówce do ośrodka, gdzie mieliśmy spędzić najbliższe kilka dni nareszcie mogliśmy uwolnić się od wrzasków i aparatów fotograficznych.
- Dobra. Teraz idźcie do swoich pokoi, za pół godziny spotykamy się w salonie, mamy kilka rzeczy do obgadania. – zarządził Oliver, po czym skierował się w stronę bufetu.
Nie patrząc na Aleksa, obróciłam się na pięcie i podeszłam do windy. Pojawiła się błyskawicznie, ale niestety chłopak zdążył wsiąść do niej razem ze mną.
Nacisnęłam przycisk z pogrubioną liczbą: 9, oznaczającą nasz dystrykt, a winda popędziła na górę.
Niecałe 30 sekund później, drzwi otworzyły się, a wysoki kobiecy głos, poinformował nas, że znajdujemy się na piętrze 9.
Kiedy wyszliśmy, ukazał nam się ogromny salon, połączony z jadalnią. W jadalni znajdował się ogromny stół, na razie nie zastawiony żadnymi potrawami, a przy stole stało kilka dużych krzeseł. W salonie mieścił się wielki ekran, a naprzeciwko niego ustawione były sofy, obite w czarną skórę. Brązowe panele pokrywał duży, jasny dywan, a okna zasunięte były jedwabnymi zasłonami. Oczywiście na ścianach znajdowało się kilka paneli z tuzinami kolorowych przycisków.
Skierowałam się w stronę szklanych schodów, z metalową poręczą i wyszłam na pierwsze piętro. Znajdowało się tam kilka sypialni, lecz nie zamierzałam robić obeznania w terenie, po prostu weszłam do pierwszego pokoju, znajdującego się na korytarzu. Aleks wybrał sypialnie na drugim końcu, jak najdalej ode mnie.
Pokój, jak wszystko tutaj był bogato wyposażony w drogie, lśniące meble. Na lewej ścianie widać było obowiązkowy zestaw przycisków, a na środku pokoju stało duże, miękkie łóżko. Od razu się na nie rzuciłam, niestety przy lądowaniu na materacu, czułam, że wbiło mi się coś w żebro. Rozmasowałam je i wyciągnęłam spod siebie mały pilot. Nacisnęłam pierwszy guzik, a wtedy ściana w pokoju zamieniła się w obraz liściastego lasu, w oddali było widać nawet biegnącą sarenkę, ponadto z głośników, których nie potrafiłam zlokalizować wydobywała się melodia, śpiewana przez ptaki. Po naciśnięciu drugiego guzika, ukazała się przede mną powierzchnia księżyca, a nad głową połyskiwały mi białe, lśniące gwiazdy. Idealne miejsce do spania. Potem ukazało się mi jeszcze wielkie miasto, pełne idących mieszkańców, łąka obsypana kwiatami, plaża o zachodzie słońca i morze, którego fale rozbijały się o brzeg. Zdecydowałam się na ostatni widok, działał na mnie kojąco.
Po dziesięciu minutach ocknęłam się, że powinnam już schodzić na dół, więc niechętnie zwlekłam się z łóżka i skierowałam swoje nogi do salonu. Aleks razem z naszym mentorem rozsiedli się na kanapie i wesoło gawędzili, co chwila wybuchając głośnym śmiechem.
Cicho chrząknęłam, żeby poinformować ich o swojej obecności i usiadłam w fotelu, zaraz naprzeciwko nich.
- Dobrze. – Oliver pochylił się do przodu i oparł swoje łokcie na kolanach, a brodę wsparł o dłonie. – Zanim opracujemy taktykę działania, powiedzcie mi w czym jesteście dobrzy. – spojrzał na nas pytającym wzrokiem.
- Ja świetnie rzucam nożami. – poinformował nas Aleks, nawet nie siląc się na skromność – Zawsze celnie, szybko, nawet w ciemnościach. Jestem też silny. – dodał naprężając swoje mięśnie co wywołało u mnie nagły atak śmiechu.
Aleks popatrzył na mnie z nienawiścią w oczach, a mentor utkwił we mnie swój pytający wzrok.
- Tak Ellen? A ty czym się z nami podzielisz?
Momentalnie spoważniałam, bo uświadomiłam sobie, że nie ma wielu rzeczy, w których byłabym dobra. Cofnęłam się myślami do dni z dzieciństwa i zaczęłam poszukiwać w nich rzeczy, z którymi dobrze sobie radziłam.
Od dziecka umiem dostrzegać niuanse w zachowaniach innych ludzi. Umiejętność do idealnego wyczuwania ludzkich emocji. Dobrze wiem kiedy ktoś kłamie, lub jest przestraszony, wystarczy jedno spojrzenie i dokładnie wiem, co dana osoba czuje. Myślę jednak, że taka zdolność na niewiele mi się zda na arenie, odpowiadam więc:

- Razem z bratem wspinałam się na najwyższe drzewa w dystrykcie, na dachy wysokich budynków, nawet fabryk. Jestem wygimnastykowana, szybka, umiem wykonywać fikołki w powietrzu i inne tego typu rzeczy, opanowałam też podstawowe zasady walki, jednak bez broni. Z bronią nie mam żadnego doświadczenia.
- Jak prawdziwy agent. – zaśmiał się Oliver – Wykończysz wszystkich swoimi figurami, szybkością, umiejętnością wpasowywania się w otoczenie… pod warunkiem, że na arenie nie będzie żadnej broni, a to raczej niemożliwe, więc przez te kilka dni musisz dać z siebie wszystko i wiele się nauczyć. Oczywiście nie nadrobisz w kilka dni, tego czego niektórzy uczą się całe życie, ale może to pozwoli Ci przetrwać chociaż na trochę…
Chociaż na trochę, chociaż na trochę… Jego słowa odbijały mi się w głowie niczym gumowa piłka. On nie wierzy, że mam jakiekolwiek szanse na wygraną. Skazuje mnie na porażkę. Mimo to, że stara się być uprzejmy, wie że nie mam szans przy zawodowcach.
Zaczęłam mu nawet współczuć, że trafił się mu ktoś taki jak ja. Bezbronna dziewczyna, która zemdlała na scenie po kilku minutach od ogłoszenia jej udziału w Igrzyskach. Pewnie od początku jestem wyśmiewana w innych dystryktach, a trybuci nie widzą we mnie żadnego wroga. Wręcz przeciwnie, zrobią ze mnie pośmiewisko na oczach całego Panem.
Ale ja mogę temu zapobiec. – pomyślałam – Najsłabsze ogniwo, może przerodzić się w prawdziwy pożar. Inni mówią, że się nie da, kiedy sami czegoś nie potrafią. Ja jestem w stanie wygrać te zawody, wierzę w to. Zrobię to dla rodziców i nikt nie ma prawa przylepiać mi na czoło etykiety z napisem: Przegrana. Taka etykieta nie istnieje, przynajmniej nie dla mnie.
- Aleks, pomożesz koleżance? – zapytał grzecznie mentor, marszcząc czoło.
- Ja uważam, że koleżanka doskonale sobie poradzi, bez mojej pomocy. – uśmiechnął się złośliwie – Żeby tylko nie zemdlała w trakcie treningu, już osiągnie sukces. – dodał i posłał w moją stronę pełne kpin spojrzenie. Tym razem nie wytrzymałam i pierwsza spuściłam wzrok.

Rozdział 2 - część 1



Rano obudziłam się dosyć wcześnie. Byłam zbyt podenerwowana by móc spokojnie spać. Zrzuciłam z siebie kołdrę, wsunęłam nogi w czarne balerinki i rozejrzałam się po pokoju. Był dosyć duży, nawet nie wiem jak można było zmieścić pokój tej wielkości w tak wąskim pociągu. Ściany pokryte były beżową farbą, a drewnianą podłogę pokrywał długi, puszysty dywan. W pokoju znajdowało się mnóstwo przycisków, a ja nie miałam pojęcia do czego służy chociażby jeden. Podeszłam do panelu z przyciskami, który znajdował się zaraz koło okna i przycisnęłam pierwszy z nich.
Nagle pojawił się przede mną duży ekran z całą paletą napojów, od czarnej kawy, po soki owocowe. Kilka kolejnych przycisków, także służyło do zamawiania sobie jedzenia, a ponieważ na razie nie byłam głodna, przeszłam do kolejnych.
W końcu dotarłam do wyboru garderoby. Uznałam, że ubiorę czarne, przylegające do ciała spodnie, sportowe buty, czerwony podkoszulek oraz szarą bluzę zamykaną na zamek. Niedobrze mi się robiło jak patrzyłam na te wszystkie połyskujące sukienki, pojawiające się co chwilę na pulpicie. Zaledwie po dwóch minutach, dostarczono mi zamówiony ubiór, więc skierowałam się do łazienki. Tam musiałam zmierzyć się z kolejnym takim panelem.
Woda zimna, ciepła, z bąbelkami, dodatkowy masaż, kąpiel w wannie, pod prysznicem, miliony szamponów, żeli, balsamów…
Kiedy już się z tym uporałam, mogłam spokojnie iść się umyć.
Po kąpieli, nałożyłam na siebie wcześniej przygotowane ubrania i zaczesałam włosy w długi warkocz, opadający mi na plecy.
Starałam się nie myśleć o czekającej mnie śmierci i tych ostatnich, zapewne najgorszych dni w moim życiu.
Wyszłam z łazienki i rzuciłam się na łóżko. Zachciało mi się płakać, właściwie to już płakałam, a łza za łzą spływały mi po policzku. Po kilku minutach łkania w poduszkę nie miałam już czego wypłakiwać. Jeszcze chwila, a mój organizm całkowicie by się odwodnił. Leżałam więc tylko wsłuchując się w rytm wybijany przez koła pociągu.
Wróciłam myślami do chwil spędzonych w 9 Dystrykcie, kiedy tata po raz pierwszy zabrał mnie do fabryki ziarna, kiedy razem z Alanem schodziliśmy do piwnicy i potajemnie walczyliśmy na grube patyki, z ostro zakończonym końcem, wykonane przez tatę. Lubiliśmy też wspinać się po drzewach, po dachach budynków, obserwowaliśmy wtedy ludzi z dystryktu. Nikt nigdy nas nie zauważył, nazywaliśmy się  zawodowymi szpiegami. Po każdej udanej akcji szliśmy do lasu, by wykąpać się w jeziorze i zjeść znalezione owoce.
Wtedy właśnie naszła mnie myśl, że muszę wygrać. Muszę, by wrócić do rodziców, by nie zrobić im tego co Alan.
Od teraz będę zachowywać się jak zawodowiec, żadnych łez, będę silna i swoim zachowaniem zamierzam zaskoczyć wszystkich, włączając w to siebie. Ktoś kiedyś powiedział, że żeby coś osiągnąć trzeba w to mocno wierzyć, to że nie pochodzę z 1 dystryktu, nie oznacza, że nie mam szansy na wygraną.
Pełna nowej energii, wyskoczyłam z łóżka i pomaszerowałam w stronę jadalni. Nie było w niej nikogo, oprócz Aleksa.
Mój humor natychmiast wyparował, postanowiłam jednak nie pokazywać tego po sobie i grzecznie się z nim przywitałam.
- Jak ci mija podróż? – zapytałam
Odpowiedziała mi cisza. Postanowiłam spróbować jeszcze raz, w końcu muszę zdobyć na arenie jakiś sojuszników. Myśl jak zawodowiec, pamiętaj.
- Dobrze spałeś?
Oderwał wzrok od swojego talerza i utkwił go we mnie.
Patrzyliśmy się na siebie parę minut, nie zamierzałam spuścić wzroku pierwsza. W końcu odezwał się.
- Słuchaj… Nie musimy udawać, że się lubimy, nie potrzebuję sprzymierzeńców, więc nie wysilaj się na miły ton. Mimo wszystko mam nadzieję, że to nie ja będę musiał Cię zabić. Trochę głupio, nie? Zabić swoją towarzyszkę z dystryktu, a poza tym sądzę, że twój tata sam by mnie zamordował, kiedy już wrócę do domu. – wstał od stołu, a kiedy wychodził z jadalni, obrócił się przez ramię i dodał: -  Jeszcze jedno, nie zemdlej na arenie. Myślę, że nie przyniesie Ci to korzyści.
Kiedy wyszedł
, miałam ochotę obrócić w ruinę wszystko dookoła.
Jak mógł się tak do mnie odzywać?! Spojrzałam na mocno zaciśniętą rękę na widelcu, zbielały mi palce, ze złością upuściłam go na podłogę. Jeszcze się okaże, kto wróci do domu.
Przewróciłam stojące obok mnie krzesło.
- Proszę, proszę. – usłyszałam głos za swoimi plecami – Widzę, że przed wejściem na arenę, wystarczy Cię zdenerwować i zabijesz wszystkie 23 osoby, zanim którakolwiek zdąży podbiec do Rogu Obfitości.
Obróciłam się i zobaczyłam mojego mentora, Olivera Rey’a.
Nie miałam z nim okazji jeszcze porozmawiać.
- Dzień dobry. – odparłam krótko i zajęłam się jedzeniem najlepszej na świecie jajecznicy.
Usiadł naprzeciwko mnie i nałożył sobie na talerz praktycznie wszystkie rzeczy, leżące na stole. Kiedy zauważył moje zdziwione spojrzenie, oznajmił:
- Muszę dużo jeść, żeby mieć siłę. Tobie też by się to przydało. – rzucił okiem na moją szczupłą sylwetkę, ale nic nie powiedział.
Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Na jego głowie widać było burzę ciemnych loków, z czego każdy z nich sterczał w inną stronę. Miał bardzo ciemne oczy, a jego twarz nie wyrażała nic, żadnych uczuć.  
Kilka minut później do przedziału wparowała kobieta z Kapitolu, która odczytywała nasze nazwiska na scenie. Dzisiaj ubrana była w złotą, krótką sukienkę, jej czerwone włosy, ścięte krótko, dzisiaj postawiła na żelu, przez co wyglądała jak jeż. Jej niebieskie oczy, lśniły z podekscytowania, miałam wrażenie, że zaraz spadnie jej z twarzy cały makijaż, jednak nic takiego się nie stało.
- Jaki piękny dzień. – zaszczebiotała, siadając zaraz obok mnie. – Jeszcze nie miałaś szansy mnie poznać. – zauważyła – Jestem Lauren Steilt, twoja opiekunka. Mam nadzieję, że będzie nam się miło współpracowało. – cmoknęła mnie w policzek.
- Zapewne. – odparłam znudzonym głosem, wycierając ręką ślad szminki, pozostawiony na moim policzku, na co Oliver lekko uśmiechnął się pod nosem.

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 1 - część 2

Na całym placu wstrzymano oddech, napięcie wisiało w powietrzu.
Kobieta uśmiechnęła się lekko i oznajmiła głośno:
- Ellen Pierce.

Zastygłam w bezruchu. Stałam na środku, a tłum przede mną rozstąpił się, aby ułatwić mi przejście na scenę.
Nie mogłam w to uwierzyć. Wiele razy myślałam nad tym jak to będzie, kiedy mnie wybiorą, ale nigdy nie myślałam, że może się to stać naprawdę. Mimo tego, że w głowie miałam obmyślonych setki scenariuszy, nie umiałam skonfrontować się z tą sytuacją.
Popatrzyłam na rodziców stojących na samym końcu. Mama płakała, z twarzą zwróconą w moją stronę, a tata zaczął krzyczeć.
- Nie! Nie odbierajcie mi kolejnego dziecka!
Wpadł w szał. Podszedł do leżących za nimi skrzynek i zaczął je kopać. Następnie wziął jedną z nich do rąk i rzucił w stronę sceny.
- Nienawidzę was! – krzyczał coraz głośniej, nie mogąc odzyskać panowania nad sobą. Jego krzyk powoli przeradzał się w donośny szloch.
Nie mogłam na to patrzeć. Modliłam się, aby to wszystko był tylko sen, głupi żart. Żeby kobieta z Kapitolu powiedziała, że źle odczytała nazwisko, albo żeby ktoś zgłosił się na trybuta za mnie. Niestety nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast tego Strażnicy Pokoju podbiegli do mojego taty i zaczęli go uspokajać. Nawet nie chcę myśleć co by się stało gdyby dzisiejszą zmianę miał ktoś inny. Pewnie kazaliby go wychłostać za wprowadzenie niepokoju. Na szczęście, dzisiaj porządku pilnował w miarę zaprzyjaźniony z mieszkańcami 9 dystryktu Strażnik, więc tylko wziął tatę pod ramię i wyprowadził go z placu.
- Ellen? – odezwała się w końcu kobieta z Kapitolu – Możemy prosić?
Nieznacznie kiwnęłam głową i na miękkich nogach ruszyłam w stronę sceny, wpatrywały się we mnie setki oczu. Widziałam w nich współczucie. Każdy znał historię Alana, a teraz przeżyje ją i ja.
To dlaczego do cholery nie zgłosił się nikt na ochotnika? – mój mózg krzyczał, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Nienawidziłam ich, nienawidziłam ich wszystkich. Zmusili rodziców to przechodzenia tego samego przez co przechodzili osiem lat temu.
Teraz zostaną sami, bez ani jednego dziecka w domu. Nie umiałam tego wybaczyć tym wszystkim osobom, które posyłały mi spojrzenia pełne smutku i troski, jakby naprawdę przejmowały się moim losem.
Kiedy przerwałam swoje rozmyślenia, na scenę właśnie wchodził wysoki chłopak. Miał dosyć ciemną oliwkową karnację, tak jak ja oraz duże zielone oczy, które przez cały czas wpatrywały się we mnie. Jego burza czarnych włosów, była rozwiewana przez wiatr na wszystkie strony. Określiłabym go przymiotnikiem: przystojny, gdyby nie to, że dobrze znałam tego chłopaka.
To mój prześladowca ze szkoły, o rok starszy, bardzo lubi pastwić się nad młodszymi, bezbronnymi dziewczynami (czytaj: ja).
Dupek. Nic dodać nic ująć, nie mogłam uwierzyć swojemu pechowi. Nie dość, że trafiam na arenę by zginąć, to jeszcze z nim, z Aleksem Payes. Takiego scenariusza nie przewidział nawet największy pesymista w Panem.
Nie mogłam już patrzeć na ten koszmar, nie mogłam znieść widoku mojego życia, które w jednej chwili całkowicie się zawaliło. Zrobiłam więc to, co było chyba najlepszym wyjściem w mojej sytuacji. Zemdlałam.
Oczywiście nie zrobiłam tego specjalnie, tak zareagował mój organizm, który nie jest przyzwyczajony do tylu emocji. Jestem mu wdzięczna, że wybawił mnie od dalszego ciągu przedstawienia.
Był tylko jeden ogromny minus, którego nie mogłam ścierpieć.
Przez mój wypadek, nie pożegnałam się z rodzicami. Nie było tyle czasu by czekać aż się obudzę, więc od razu władowali mnie do pociągu. Nie miałam okazji podziękować  im za piękne dzieciństwo, które mi oferowali. Byli najlepszymi rodzicami jakich mogłam sobie wymarzyć. To nie ich wina, że państwo odebrało mi brata i tym samym skazało na 8 lat cierpienia. Oni robili wszystko by było mi jak najlepiej w życiu.
Nie zdążyłam im powiedzieć jak bardzo ich kocham i na pewno już nigdy nie będę miała okazji by wypowiedzieć te słowa… do kogokolwiek.