niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 2 - część 1



Rano obudziłam się dosyć wcześnie. Byłam zbyt podenerwowana by móc spokojnie spać. Zrzuciłam z siebie kołdrę, wsunęłam nogi w czarne balerinki i rozejrzałam się po pokoju. Był dosyć duży, nawet nie wiem jak można było zmieścić pokój tej wielkości w tak wąskim pociągu. Ściany pokryte były beżową farbą, a drewnianą podłogę pokrywał długi, puszysty dywan. W pokoju znajdowało się mnóstwo przycisków, a ja nie miałam pojęcia do czego służy chociażby jeden. Podeszłam do panelu z przyciskami, który znajdował się zaraz koło okna i przycisnęłam pierwszy z nich.
Nagle pojawił się przede mną duży ekran z całą paletą napojów, od czarnej kawy, po soki owocowe. Kilka kolejnych przycisków, także służyło do zamawiania sobie jedzenia, a ponieważ na razie nie byłam głodna, przeszłam do kolejnych.
W końcu dotarłam do wyboru garderoby. Uznałam, że ubiorę czarne, przylegające do ciała spodnie, sportowe buty, czerwony podkoszulek oraz szarą bluzę zamykaną na zamek. Niedobrze mi się robiło jak patrzyłam na te wszystkie połyskujące sukienki, pojawiające się co chwilę na pulpicie. Zaledwie po dwóch minutach, dostarczono mi zamówiony ubiór, więc skierowałam się do łazienki. Tam musiałam zmierzyć się z kolejnym takim panelem.
Woda zimna, ciepła, z bąbelkami, dodatkowy masaż, kąpiel w wannie, pod prysznicem, miliony szamponów, żeli, balsamów…
Kiedy już się z tym uporałam, mogłam spokojnie iść się umyć.
Po kąpieli, nałożyłam na siebie wcześniej przygotowane ubrania i zaczesałam włosy w długi warkocz, opadający mi na plecy.
Starałam się nie myśleć o czekającej mnie śmierci i tych ostatnich, zapewne najgorszych dni w moim życiu.
Wyszłam z łazienki i rzuciłam się na łóżko. Zachciało mi się płakać, właściwie to już płakałam, a łza za łzą spływały mi po policzku. Po kilku minutach łkania w poduszkę nie miałam już czego wypłakiwać. Jeszcze chwila, a mój organizm całkowicie by się odwodnił. Leżałam więc tylko wsłuchując się w rytm wybijany przez koła pociągu.
Wróciłam myślami do chwil spędzonych w 9 Dystrykcie, kiedy tata po raz pierwszy zabrał mnie do fabryki ziarna, kiedy razem z Alanem schodziliśmy do piwnicy i potajemnie walczyliśmy na grube patyki, z ostro zakończonym końcem, wykonane przez tatę. Lubiliśmy też wspinać się po drzewach, po dachach budynków, obserwowaliśmy wtedy ludzi z dystryktu. Nikt nigdy nas nie zauważył, nazywaliśmy się  zawodowymi szpiegami. Po każdej udanej akcji szliśmy do lasu, by wykąpać się w jeziorze i zjeść znalezione owoce.
Wtedy właśnie naszła mnie myśl, że muszę wygrać. Muszę, by wrócić do rodziców, by nie zrobić im tego co Alan.
Od teraz będę zachowywać się jak zawodowiec, żadnych łez, będę silna i swoim zachowaniem zamierzam zaskoczyć wszystkich, włączając w to siebie. Ktoś kiedyś powiedział, że żeby coś osiągnąć trzeba w to mocno wierzyć, to że nie pochodzę z 1 dystryktu, nie oznacza, że nie mam szansy na wygraną.
Pełna nowej energii, wyskoczyłam z łóżka i pomaszerowałam w stronę jadalni. Nie było w niej nikogo, oprócz Aleksa.
Mój humor natychmiast wyparował, postanowiłam jednak nie pokazywać tego po sobie i grzecznie się z nim przywitałam.
- Jak ci mija podróż? – zapytałam
Odpowiedziała mi cisza. Postanowiłam spróbować jeszcze raz, w końcu muszę zdobyć na arenie jakiś sojuszników. Myśl jak zawodowiec, pamiętaj.
- Dobrze spałeś?
Oderwał wzrok od swojego talerza i utkwił go we mnie.
Patrzyliśmy się na siebie parę minut, nie zamierzałam spuścić wzroku pierwsza. W końcu odezwał się.
- Słuchaj… Nie musimy udawać, że się lubimy, nie potrzebuję sprzymierzeńców, więc nie wysilaj się na miły ton. Mimo wszystko mam nadzieję, że to nie ja będę musiał Cię zabić. Trochę głupio, nie? Zabić swoją towarzyszkę z dystryktu, a poza tym sądzę, że twój tata sam by mnie zamordował, kiedy już wrócę do domu. – wstał od stołu, a kiedy wychodził z jadalni, obrócił się przez ramię i dodał: -  Jeszcze jedno, nie zemdlej na arenie. Myślę, że nie przyniesie Ci to korzyści.
Kiedy wyszedł
, miałam ochotę obrócić w ruinę wszystko dookoła.
Jak mógł się tak do mnie odzywać?! Spojrzałam na mocno zaciśniętą rękę na widelcu, zbielały mi palce, ze złością upuściłam go na podłogę. Jeszcze się okaże, kto wróci do domu.
Przewróciłam stojące obok mnie krzesło.
- Proszę, proszę. – usłyszałam głos za swoimi plecami – Widzę, że przed wejściem na arenę, wystarczy Cię zdenerwować i zabijesz wszystkie 23 osoby, zanim którakolwiek zdąży podbiec do Rogu Obfitości.
Obróciłam się i zobaczyłam mojego mentora, Olivera Rey’a.
Nie miałam z nim okazji jeszcze porozmawiać.
- Dzień dobry. – odparłam krótko i zajęłam się jedzeniem najlepszej na świecie jajecznicy.
Usiadł naprzeciwko mnie i nałożył sobie na talerz praktycznie wszystkie rzeczy, leżące na stole. Kiedy zauważył moje zdziwione spojrzenie, oznajmił:
- Muszę dużo jeść, żeby mieć siłę. Tobie też by się to przydało. – rzucił okiem na moją szczupłą sylwetkę, ale nic nie powiedział.
Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Na jego głowie widać było burzę ciemnych loków, z czego każdy z nich sterczał w inną stronę. Miał bardzo ciemne oczy, a jego twarz nie wyrażała nic, żadnych uczuć.  
Kilka minut później do przedziału wparowała kobieta z Kapitolu, która odczytywała nasze nazwiska na scenie. Dzisiaj ubrana była w złotą, krótką sukienkę, jej czerwone włosy, ścięte krótko, dzisiaj postawiła na żelu, przez co wyglądała jak jeż. Jej niebieskie oczy, lśniły z podekscytowania, miałam wrażenie, że zaraz spadnie jej z twarzy cały makijaż, jednak nic takiego się nie stało.
- Jaki piękny dzień. – zaszczebiotała, siadając zaraz obok mnie. – Jeszcze nie miałaś szansy mnie poznać. – zauważyła – Jestem Lauren Steilt, twoja opiekunka. Mam nadzieję, że będzie nam się miło współpracowało. – cmoknęła mnie w policzek.
- Zapewne. – odparłam znudzonym głosem, wycierając ręką ślad szminki, pozostawiony na moim policzku, na co Oliver lekko uśmiechnął się pod nosem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz