Po
skończonym śniadaniu obwieszczono nam, że będziemy w Kapitolu za niecałe 20
minut, więc każdy rozszedł się do swoich pokoi, by spędzić te ostatnie 20 minut
spokoju w samotności.
Po wyjściu z pociągu, nie było już ani chwili spokoju. Wokół nas biegali ludzie z aparatami, oślepiali nas błyskiem fleszy i cały czas krzyczeli nasze imiona. Nie rozumiem jak mogą tak na nas reagować, wiedząc, że za kilka dni, w najlepszym wypadku tygodni, nie będzie nas już na tym świecie. Jesteśmy dla nich produktem, kolejnymi zabawkami, które będą walczyć o swoje życie, zabijając innych. Tak! Przecież to takie zabawne!
Byłam zła na tych ludzi, nienawidziłam ich. Chciałabym, żeby chociaż raz w całej historii Igrzysk Głodowych to oni stanęli na arenie i musieli radzić sobie z oparzeniami, odwodnieniem oraz poczuciem winy, które towarzyszyło uczestnikom wraz z zabiciem innego trybuta.
- Ellen, Ellen! – słyszałam wołanie ze wszystkich stron. Wołali mnie, żebym obróciła się w stronę aparatu i wyszczerzyła w pięknym uśmiechu, albo żebym po prostu spojrzała w ich stronę.
- Dobrze Ci radzę, uśmiechaj się. – szepnął mi do ucha Oliver – Chyba, że dasz sobie radę bez sponsorów.
Nie trzeba było mówić mi tego dwa razy. Zaczęłam machać i uśmiechać się do wszystkich, jakbym przez całe życie czekała tylko na tą chwilę. Aleks, moje zachowanie skomentował głośnym prychnięciem, nawet nie próbował udawać, że obchodzą go Ci ludzie. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Nie rozumiem jak to się dzieje, jedno jego spojrzenie i cały mój dobry humor trafia szlag.
Po dłużącej się wędrówce do ośrodka, gdzie mieliśmy spędzić najbliższe kilka dni nareszcie mogliśmy uwolnić się od wrzasków i aparatów fotograficznych.
- Dobra. Teraz idźcie do swoich pokoi, za pół godziny spotykamy się w salonie, mamy kilka rzeczy do obgadania. – zarządził Oliver, po czym skierował się w stronę bufetu.
Nie patrząc na Aleksa, obróciłam się na pięcie i podeszłam do windy. Pojawiła się błyskawicznie, ale niestety chłopak zdążył wsiąść do niej razem ze mną.
Nacisnęłam przycisk z pogrubioną liczbą: 9, oznaczającą nasz dystrykt, a winda popędziła na górę.
Niecałe 30 sekund później, drzwi otworzyły się, a wysoki kobiecy głos, poinformował nas, że znajdujemy się na piętrze 9.
Kiedy wyszliśmy, ukazał nam się ogromny salon, połączony z jadalnią. W jadalni znajdował się ogromny stół, na razie nie zastawiony żadnymi potrawami, a przy stole stało kilka dużych krzeseł. W salonie mieścił się wielki ekran, a naprzeciwko niego ustawione były sofy, obite w czarną skórę. Brązowe panele pokrywał duży, jasny dywan, a okna zasunięte były jedwabnymi zasłonami. Oczywiście na ścianach znajdowało się kilka paneli z tuzinami kolorowych przycisków.
Skierowałam się w stronę szklanych schodów, z metalową poręczą i wyszłam na pierwsze piętro. Znajdowało się tam kilka sypialni, lecz nie zamierzałam robić obeznania w terenie, po prostu weszłam do pierwszego pokoju, znajdującego się na korytarzu. Aleks wybrał sypialnie na drugim końcu, jak najdalej ode mnie.
Pokój, jak wszystko tutaj był bogato wyposażony w drogie, lśniące meble. Na lewej ścianie widać było obowiązkowy zestaw przycisków, a na środku pokoju stało duże, miękkie łóżko. Od razu się na nie rzuciłam, niestety przy lądowaniu na materacu, czułam, że wbiło mi się coś w żebro. Rozmasowałam je i wyciągnęłam spod siebie mały pilot. Nacisnęłam pierwszy guzik, a wtedy ściana w pokoju zamieniła się w obraz liściastego lasu, w oddali było widać nawet biegnącą sarenkę, ponadto z głośników, których nie potrafiłam zlokalizować wydobywała się melodia, śpiewana przez ptaki. Po naciśnięciu drugiego guzika, ukazała się przede mną powierzchnia księżyca, a nad głową połyskiwały mi białe, lśniące gwiazdy. Idealne miejsce do spania. Potem ukazało się mi jeszcze wielkie miasto, pełne idących mieszkańców, łąka obsypana kwiatami, plaża o zachodzie słońca i morze, którego fale rozbijały się o brzeg. Zdecydowałam się na ostatni widok, działał na mnie kojąco.
Po dziesięciu minutach ocknęłam się, że powinnam już schodzić na dół, więc niechętnie zwlekłam się z łóżka i skierowałam swoje nogi do salonu. Aleks razem z naszym mentorem rozsiedli się na kanapie i wesoło gawędzili, co chwila wybuchając głośnym śmiechem.
Cicho chrząknęłam, żeby poinformować ich o swojej obecności i usiadłam w fotelu, zaraz naprzeciwko nich.
- Dobrze. – Oliver pochylił się do przodu i oparł swoje łokcie na kolanach, a brodę wsparł o dłonie. – Zanim opracujemy taktykę działania, powiedzcie mi w czym jesteście dobrzy. – spojrzał na nas pytającym wzrokiem.
- Ja świetnie rzucam nożami. – poinformował nas Aleks, nawet nie siląc się na skromność – Zawsze celnie, szybko, nawet w ciemnościach. Jestem też silny. – dodał naprężając swoje mięśnie co wywołało u mnie nagły atak śmiechu.
Aleks popatrzył na mnie z nienawiścią w oczach, a mentor utkwił we mnie swój pytający wzrok.
- Tak Ellen? A ty czym się z nami podzielisz?
Momentalnie spoważniałam, bo uświadomiłam sobie, że nie ma wielu rzeczy, w których byłabym dobra. Cofnęłam się myślami do dni z dzieciństwa i zaczęłam poszukiwać w nich rzeczy, z którymi dobrze sobie radziłam.
Od dziecka umiem dostrzegać niuanse w zachowaniach innych ludzi. Umiejętność do idealnego wyczuwania ludzkich emocji. Dobrze wiem kiedy ktoś kłamie, lub jest przestraszony, wystarczy jedno spojrzenie i dokładnie wiem, co dana osoba czuje. Myślę jednak, że taka zdolność na niewiele mi się zda na arenie, odpowiadam więc:
- Razem z bratem wspinałam się na najwyższe drzewa w dystrykcie, na dachy wysokich budynków, nawet fabryk. Jestem wygimnastykowana, szybka, umiem wykonywać fikołki w powietrzu i inne tego typu rzeczy, opanowałam też podstawowe zasady walki, jednak bez broni. Z bronią nie mam żadnego doświadczenia.
- Jak prawdziwy agent. – zaśmiał się Oliver – Wykończysz wszystkich swoimi figurami, szybkością, umiejętnością wpasowywania się w otoczenie… pod warunkiem, że na arenie nie będzie żadnej broni, a to raczej niemożliwe, więc przez te kilka dni musisz dać z siebie wszystko i wiele się nauczyć. Oczywiście nie nadrobisz w kilka dni, tego czego niektórzy uczą się całe życie, ale może to pozwoli Ci przetrwać chociaż na trochę…
Chociaż na trochę, chociaż na trochę… Jego słowa odbijały mi się w głowie niczym gumowa piłka. On nie wierzy, że mam jakiekolwiek szanse na wygraną. Skazuje mnie na porażkę. Mimo to, że stara się być uprzejmy, wie że nie mam szans przy zawodowcach.
Zaczęłam mu nawet współczuć, że trafił się mu ktoś taki jak ja. Bezbronna dziewczyna, która zemdlała na scenie po kilku minutach od ogłoszenia jej udziału w Igrzyskach. Pewnie od początku jestem wyśmiewana w innych dystryktach, a trybuci nie widzą we mnie żadnego wroga. Wręcz przeciwnie, zrobią ze mnie pośmiewisko na oczach całego Panem.
Ale ja mogę temu zapobiec. – pomyślałam – Najsłabsze ogniwo, może przerodzić się w prawdziwy pożar. Inni mówią, że się nie da, kiedy sami czegoś nie potrafią. Ja jestem w stanie wygrać te zawody, wierzę w to. Zrobię to dla rodziców i nikt nie ma prawa przylepiać mi na czoło etykiety z napisem: Przegrana. Taka etykieta nie istnieje, przynajmniej nie dla mnie.
- Aleks, pomożesz koleżance? – zapytał grzecznie mentor, marszcząc czoło.
- Ja uważam, że koleżanka doskonale sobie poradzi, bez mojej pomocy. – uśmiechnął się złośliwie – Żeby tylko nie zemdlała w trakcie treningu, już osiągnie sukces. – dodał i posłał w moją stronę pełne kpin spojrzenie. Tym razem nie wytrzymałam i pierwsza spuściłam wzrok.
Po wyjściu z pociągu, nie było już ani chwili spokoju. Wokół nas biegali ludzie z aparatami, oślepiali nas błyskiem fleszy i cały czas krzyczeli nasze imiona. Nie rozumiem jak mogą tak na nas reagować, wiedząc, że za kilka dni, w najlepszym wypadku tygodni, nie będzie nas już na tym świecie. Jesteśmy dla nich produktem, kolejnymi zabawkami, które będą walczyć o swoje życie, zabijając innych. Tak! Przecież to takie zabawne!
Byłam zła na tych ludzi, nienawidziłam ich. Chciałabym, żeby chociaż raz w całej historii Igrzysk Głodowych to oni stanęli na arenie i musieli radzić sobie z oparzeniami, odwodnieniem oraz poczuciem winy, które towarzyszyło uczestnikom wraz z zabiciem innego trybuta.
- Ellen, Ellen! – słyszałam wołanie ze wszystkich stron. Wołali mnie, żebym obróciła się w stronę aparatu i wyszczerzyła w pięknym uśmiechu, albo żebym po prostu spojrzała w ich stronę.
- Dobrze Ci radzę, uśmiechaj się. – szepnął mi do ucha Oliver – Chyba, że dasz sobie radę bez sponsorów.
Nie trzeba było mówić mi tego dwa razy. Zaczęłam machać i uśmiechać się do wszystkich, jakbym przez całe życie czekała tylko na tą chwilę. Aleks, moje zachowanie skomentował głośnym prychnięciem, nawet nie próbował udawać, że obchodzą go Ci ludzie. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Nie rozumiem jak to się dzieje, jedno jego spojrzenie i cały mój dobry humor trafia szlag.
Po dłużącej się wędrówce do ośrodka, gdzie mieliśmy spędzić najbliższe kilka dni nareszcie mogliśmy uwolnić się od wrzasków i aparatów fotograficznych.
- Dobra. Teraz idźcie do swoich pokoi, za pół godziny spotykamy się w salonie, mamy kilka rzeczy do obgadania. – zarządził Oliver, po czym skierował się w stronę bufetu.
Nie patrząc na Aleksa, obróciłam się na pięcie i podeszłam do windy. Pojawiła się błyskawicznie, ale niestety chłopak zdążył wsiąść do niej razem ze mną.
Nacisnęłam przycisk z pogrubioną liczbą: 9, oznaczającą nasz dystrykt, a winda popędziła na górę.
Niecałe 30 sekund później, drzwi otworzyły się, a wysoki kobiecy głos, poinformował nas, że znajdujemy się na piętrze 9.
Kiedy wyszliśmy, ukazał nam się ogromny salon, połączony z jadalnią. W jadalni znajdował się ogromny stół, na razie nie zastawiony żadnymi potrawami, a przy stole stało kilka dużych krzeseł. W salonie mieścił się wielki ekran, a naprzeciwko niego ustawione były sofy, obite w czarną skórę. Brązowe panele pokrywał duży, jasny dywan, a okna zasunięte były jedwabnymi zasłonami. Oczywiście na ścianach znajdowało się kilka paneli z tuzinami kolorowych przycisków.
Skierowałam się w stronę szklanych schodów, z metalową poręczą i wyszłam na pierwsze piętro. Znajdowało się tam kilka sypialni, lecz nie zamierzałam robić obeznania w terenie, po prostu weszłam do pierwszego pokoju, znajdującego się na korytarzu. Aleks wybrał sypialnie na drugim końcu, jak najdalej ode mnie.
Pokój, jak wszystko tutaj był bogato wyposażony w drogie, lśniące meble. Na lewej ścianie widać było obowiązkowy zestaw przycisków, a na środku pokoju stało duże, miękkie łóżko. Od razu się na nie rzuciłam, niestety przy lądowaniu na materacu, czułam, że wbiło mi się coś w żebro. Rozmasowałam je i wyciągnęłam spod siebie mały pilot. Nacisnęłam pierwszy guzik, a wtedy ściana w pokoju zamieniła się w obraz liściastego lasu, w oddali było widać nawet biegnącą sarenkę, ponadto z głośników, których nie potrafiłam zlokalizować wydobywała się melodia, śpiewana przez ptaki. Po naciśnięciu drugiego guzika, ukazała się przede mną powierzchnia księżyca, a nad głową połyskiwały mi białe, lśniące gwiazdy. Idealne miejsce do spania. Potem ukazało się mi jeszcze wielkie miasto, pełne idących mieszkańców, łąka obsypana kwiatami, plaża o zachodzie słońca i morze, którego fale rozbijały się o brzeg. Zdecydowałam się na ostatni widok, działał na mnie kojąco.
Po dziesięciu minutach ocknęłam się, że powinnam już schodzić na dół, więc niechętnie zwlekłam się z łóżka i skierowałam swoje nogi do salonu. Aleks razem z naszym mentorem rozsiedli się na kanapie i wesoło gawędzili, co chwila wybuchając głośnym śmiechem.
Cicho chrząknęłam, żeby poinformować ich o swojej obecności i usiadłam w fotelu, zaraz naprzeciwko nich.
- Dobrze. – Oliver pochylił się do przodu i oparł swoje łokcie na kolanach, a brodę wsparł o dłonie. – Zanim opracujemy taktykę działania, powiedzcie mi w czym jesteście dobrzy. – spojrzał na nas pytającym wzrokiem.
- Ja świetnie rzucam nożami. – poinformował nas Aleks, nawet nie siląc się na skromność – Zawsze celnie, szybko, nawet w ciemnościach. Jestem też silny. – dodał naprężając swoje mięśnie co wywołało u mnie nagły atak śmiechu.
Aleks popatrzył na mnie z nienawiścią w oczach, a mentor utkwił we mnie swój pytający wzrok.
- Tak Ellen? A ty czym się z nami podzielisz?
Momentalnie spoważniałam, bo uświadomiłam sobie, że nie ma wielu rzeczy, w których byłabym dobra. Cofnęłam się myślami do dni z dzieciństwa i zaczęłam poszukiwać w nich rzeczy, z którymi dobrze sobie radziłam.
Od dziecka umiem dostrzegać niuanse w zachowaniach innych ludzi. Umiejętność do idealnego wyczuwania ludzkich emocji. Dobrze wiem kiedy ktoś kłamie, lub jest przestraszony, wystarczy jedno spojrzenie i dokładnie wiem, co dana osoba czuje. Myślę jednak, że taka zdolność na niewiele mi się zda na arenie, odpowiadam więc:
- Razem z bratem wspinałam się na najwyższe drzewa w dystrykcie, na dachy wysokich budynków, nawet fabryk. Jestem wygimnastykowana, szybka, umiem wykonywać fikołki w powietrzu i inne tego typu rzeczy, opanowałam też podstawowe zasady walki, jednak bez broni. Z bronią nie mam żadnego doświadczenia.
- Jak prawdziwy agent. – zaśmiał się Oliver – Wykończysz wszystkich swoimi figurami, szybkością, umiejętnością wpasowywania się w otoczenie… pod warunkiem, że na arenie nie będzie żadnej broni, a to raczej niemożliwe, więc przez te kilka dni musisz dać z siebie wszystko i wiele się nauczyć. Oczywiście nie nadrobisz w kilka dni, tego czego niektórzy uczą się całe życie, ale może to pozwoli Ci przetrwać chociaż na trochę…
Chociaż na trochę, chociaż na trochę… Jego słowa odbijały mi się w głowie niczym gumowa piłka. On nie wierzy, że mam jakiekolwiek szanse na wygraną. Skazuje mnie na porażkę. Mimo to, że stara się być uprzejmy, wie że nie mam szans przy zawodowcach.
Zaczęłam mu nawet współczuć, że trafił się mu ktoś taki jak ja. Bezbronna dziewczyna, która zemdlała na scenie po kilku minutach od ogłoszenia jej udziału w Igrzyskach. Pewnie od początku jestem wyśmiewana w innych dystryktach, a trybuci nie widzą we mnie żadnego wroga. Wręcz przeciwnie, zrobią ze mnie pośmiewisko na oczach całego Panem.
Ale ja mogę temu zapobiec. – pomyślałam – Najsłabsze ogniwo, może przerodzić się w prawdziwy pożar. Inni mówią, że się nie da, kiedy sami czegoś nie potrafią. Ja jestem w stanie wygrać te zawody, wierzę w to. Zrobię to dla rodziców i nikt nie ma prawa przylepiać mi na czoło etykiety z napisem: Przegrana. Taka etykieta nie istnieje, przynajmniej nie dla mnie.
- Aleks, pomożesz koleżance? – zapytał grzecznie mentor, marszcząc czoło.
- Ja uważam, że koleżanka doskonale sobie poradzi, bez mojej pomocy. – uśmiechnął się złośliwie – Żeby tylko nie zemdlała w trakcie treningu, już osiągnie sukces. – dodał i posłał w moją stronę pełne kpin spojrzenie. Tym razem nie wytrzymałam i pierwsza spuściłam wzrok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz