Wielki zegar rysujący się nad okazałym Rogiem Obfitości
odliczał równą minutę.
Stałam sparaliżowana na tarczy starając się wyprzeć z umysłu słowa projektanta,
które echem odbijały się w mojej głowie.
Byłam pewna, że wszystkie kamery zwrócone są na mnie i Aleksa, w końcu ludzie
mają okazję po raz pierwszy zobaczyć nas w pełnej okazałości.
Ciekawe co teraz o mnie myślą? Czy wyglądam na poważną? Silną? Ładną?
Co sądzą o Aleksie?
- 40 sekund.
Nic nie wiedziałam, tak jak przepowiedział Oliver było przeraźliwie ciemno,
jedyne co zdołały wyłapać moje zmęczone oczy to 23 małe światełka, migoczące w
równych odstępach od siebie. Latarki. Niestety słabo oświetlały one drogę, a
twarze trybutów spowijała ciemność. Nie sposób dostrzec tą zarozumiałą twarz
Aleksa.
- 20 sekund.
W tym momencie, przypomniałam sobie o nakazie Oliviera, zamierzałam jednak
wyłączyć moje światełko w ostatniej chwili. Niech się Kapitol napatrzy na moją
twarz, za niedługo i tak nie będzie już miał tej szansy.
- 10 sekund.
Ustawiłam się w startowej pozycji do biegu i w myślach odliczałam te ostatnie
sekundy. Starałam się opanować drżenie nóg. Przez myśl przeszło mi też, że
mogłabym zejść z cylindra przed czasem, wtedy zostałabym zmieciona z
powierzchni ziemi już za kilka sekund. Aleks miałby mnie z głowy, a ja nie
musiałabym dłużej żyć w strachu. Jednak to było zadanie dla tchórzy. Ja taka
nie byłam. Już nie.
- Trzy, dwa, jeden… PANIE I PANOWIE 70 IGZRYSKA GŁODOWE UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTE!
Natychmiast zeskoczyłam z tarczy i pognałam do Rogu Obfitości.
Jedna z kamer pojawiła mi się tuż nad głową. To przeszkadza! wykrzyczałam w
myślach i zwiększyłam tempo. Cały czas czułam na sobie kamerę, która
pochłaniała mnie w całości.
Szybko wyłączyłam latarkę i starałam się biec najciszej jak to możliwe. Było to
trudne w tak ciężkich, górskich butach. Sama doskonale słyszałam wszystkie
kroki stawiane przez innych trybutów, byliśmy jak stado bawołów, zapędzanych na
rzeź. Rozejrzałam się dookoła, byłam jedną z osób biegnących na samym czele. Podłoże
po którym biegłam było miękkie, podejrzewam, że jest to trawa.
Róg Obfitości znajdował się na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilkanaście sekund
biegu i dotrę do niego, jako jedna z pierwszych.
Nagle potknęłam się o coś i jak długa uderzyłam o ziemię. Ręką wymacałam rzecz,
która była sprawcą mojego upadku. Dość twardy materiał… o szelka! Jest i druga!
Plecak!
Nie było teraz czasu na radość, chwyciłam nową zdobycz i zarzuciłam na ramiona,
otrzepując przy okazji spodnie.
Na razie nie doszło do żadnych ataków. Wszyscy byli mocno zdezorientowani i
desperacko poszukiwali potrzebnych rzeczy. Słyszałam, że niepotrzebne odrzucali
i dalej przeczesywali teren. Nie obyło się bez przekleństw ze strony mniej
cierpliwych trybutów.
Zdenerwowana rozglądałam się dookoła. Totalnie nic nie widziałam, w takich
warunkach nie byłam w stanie zdobyć jakiejkolwiek broni. Niewiele myśląc włączyłam
latarkę i przepraszając w myślach Oliviera, rozpoczęłam poszukiwania na nowo.
Tak jak inni przerzucałam niepotrzebne rzeczy, nie było sensu zaopatrzać się w
łuk, skoro i tak nie umiałam się nim posługiwać.
I wtedy to usłyszałam. Krzyk. Przeraźliwy krzyk. Od tamtej chwili nie było już
spokoju. Zaniepokojona zaprzestałam szukania i pochwyciłam pas noży leżący tuż
pod moimi nogami. W sumie… nie ma co wybrzydzać.
Ponownie wyłączyłam latarkę i wytężyłam wzrok w poszukiwaniu białych światełek.
Nagle poczułam mocne pchnięcie i upadłam. Znowu.
Nie pomyślałam o tym, że inni też mogą być na tyle sprytni, by pomyśleć o
wyłączeniu latarki. Najgorsze było to, że nie widziałam swojego napastnika. Jak
mogłam się bronić gdy nie znałam nawet jego miejsca położenia? Zaczęłam na
oślep czołgać się po ziemi by jak najprędzej oddalić się stamtąd. Może plecak i
noże wystarczą, trzeba spadać. W tym samym momencie zauważyłam ostrze, lśniące
w delikatnych promieniach rzucanych przez księżyc.
Wykonałam fikołka przez głowę by znaleźć się jak najdalej od napastnika.
Plecak nieco to utrudniał, usłyszałam trzask wydobywający się z niego wnętrza.
Ostatecznie to naprowadziło na mnie, nieznaną osobę.
Wykonała ona dwa kroki w moją stronę, widać, że poruszała się niepewnie, nie za
bardzo wiedziała czy zmierza w dobrym kierunku. Po cichu zaczęłam ponownie
czołgać się po ziemi. Ktoś znowu się do mnie przybliżył.
Kogo tu oszukiwać, nie miałam żadnych szans. Przegrana, sunęłam po podłożu jak
wąż, podpierając się na łokciach. Nie miałam jednak wielkiej nadziei, nie
wierzyłam w cuda. Nadzieja była zdradliwa.
Usłyszałam coraz bliższe kroki, lecz bałam się obracać. Nie chciałam stawać
twarzą twarz ze śmiercią. Spodziewam się, że nie jest to miłe uczucie.
Odważyłam się jednak spojrzeć kątem oka w tył. Osoba znieruchomiała.
Straciła orientacje? – pomyślałam w pierwszej chwili, modląc się, żeby tak
było.
Nagle mój napastnik zwalił się na mnie. Upadł, tak samo jak ja wcześniej.
Ledwo powstrzymałam się od krzyku. Poczułam, że coś ciepłego kapie mi na rękę.
Krew. To oczywiste, że ten ktoś już nie żył. Pełna odrazy, zrzuciłam z siebie
jego ciało i podniosłam się na chwiejnych nogach.
Trzeba uciekać. – ta myśl zalała mnie jak tsunami. To było logiczne, tylko
dokąd?
Kiedy gorączkowo wytężałam wzrok by odnaleźć jakąś drogę, którą mogła bym
podążyć, poczułam silny ucisk na ramieniu. Serce już drugi raz tego wieczoru
podeszło mi do gardła, a krew odeszła z twarzy.
Teraz już nie mam żadnej szansy.
- Bądź cicho. – wyszeptał mi ktoś do ucha, a ja poczułam jego ciepły oddech na
moim karku. – Nic Ci nie zrobię. Chodź za mną. – poznałam, że to męski głos.
Chłopak cały czas trzymał mnie za ramię, nie było możliwości ucieczki. Rozum
podpowiadał mi, żebym poszła razem z nim. Tak też zrobiłam.
Do dziś zastanawiam się, jak wyglądałaby moja sytuacja gdybym tego nie zrobiła.
Sprzeciwiła się i stanęła w miejscu. Niestety nigdy się już tego nie dowiem.
Trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje czyny.
Wydawało mi się jakbym biegła całe życie. Ledwo potrafiłam
złapać oddech, a nogi uginały się pode mną, miałam wrażenia jakbym ważyła tonę.
W mojej klatce piersiowej wybuchł pożar, powietrze paliło mnie od środka, z
trudem oddychałam. Nie miałam już siły. Na nic. Chłopak chyba to wyczuł, bo
zatrzymał się.
- Jesteśmy w bezpiecznej odległości. – stwierdził – Biegliśmy ponad godzinę.
Teraz musimy znaleźć kryjówkę, w której zostaniemy do rana. – ciężko oddychał,
a w jego głosie było czuć zmęczenie. Ten maraton wykończył także jego. Nie
miałam przynajmniej tak wielkiego poczucia słabości.
- Zaczekaj. – po omacku wyszukałam jego nadgarstek i mocno go chwyciłam – Czego
chcesz? – starałam się aby mój głos brzmiał złowrogo.
- Sojuszu. – odparł takim tonem, jakby było to oczywiste.
- Ze mną? – zdziwiłam się, puszczając jego rękę.
- Czemu nie? – spytał z westchnieniem.
- Otrzymałam tylko 4 punkty podczas sprawdzania umiejętności. – przypomniałam mu,
oczekując, że zaraz zmieni zdanie i pozostawi mnie samą.
- Nie wierzę w te twoje gierki. – postąpił krok w moją stronę – Pokonałaś Paula,
jesteś silna, a ta punktacja… myślę, że chciałaś, żeby ona tak wyglądała.
Nie zamierzałam wyprowadzać go z błędu. Widać jestem przekonująca, a podczas wywiadu
świetnie odegrałam swoją rolę. Skoro on mi uwierzył, inni prawdopodobnie też.
- Który Dystrykt? – zapytałam krótko.
- Czwarty. – w jego głosie słychać było, że ma już dość moich pytań, ale jak na
razie na nie odpowiadał.
Od razu przypomniałam sobie o przestrodze Oliviera, który odradził mi bratania
się ze zwycięskimi Dystryktami, a Czwórka niewątpliwie do nich należała. Chyba,
że miał na myśli 1 i 2? Żałowałam, że nie ma go przy mnie, by mi pomóc.
- Dlaczego mam to robić? – dalej nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
- Hmm… pomyślmy… a może dlatego, że jakąś godzinę temu uratowałem Ci życie?
Masz dług do spłacenia. – sprawiał wrażenie poirytowanego.
Pokiwałam głową, chociaż zdawałam sobie sprawę, że on i tak nie ma możliwości
zobaczenia tego.
- Czemu ja, a nie twoja partnerka z Czwórki?
- Bo zginęła pod Rogiem. – odpowiedział przez zaciśnięte zęby – Skończ już z
tym i chodźmy poszukać kryjówki. – zarządził i z zapaloną latarką ruszył w
stronę pobliskich skał.
- I jeszcze jedno. – obrócił się przez ramię – Nie sil się na ten srogi ton, to
komiczne. – cicho parsknął śmiechem, a ja podążyłam za nim, zastanawiając się
czy nie zrobić użytku z nowo nabytych noży i czy nie wbić mu jednego z nich w tą
roześmianą buzię.
Gdy się obudziłam byłam całkiem wypoczęta.
Podparłam się na łokciach i leniwie otworzyłam oczy. Obok siedział chłopak i
wpatrywał się we mnie.
- Na razie spokojnie. – oznajmił – Mamy szczęście, spaliśmy prawie 12 godzin,
ja obudziłem się jakieś 20 minut temu.
- Która godzina? – ziewnęłam, kulturalnie zasłaniając usta ręką.
- Dziesiąta. – odparł i odwrócił wzrok.
Dopiero teraz miałam okazję mu się przyjrzeć, wczoraj nie widziałam nawet gdzie
stawiam stopy, a co dopiero, żeby skupiać się na innych rzeczach.
Był dobrze zbudowany, wysoki, mniej więcej takiego wzrostu jak Aleks. Jego
blond czupryna znajdowała się w całkowitym nieładzie, a oczy w kolorze płynnego
miodu wpatrywały się w otwór jaskini.
Teraz go poznałam, Daniel Dew, Dystrykt 4.
Wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi, co było dość dziwne, zazwyczaj
przystojny chłopcy nie uchodzą mojej uwadze.
- Coś ze mną nie tak? – spojrzał na mnie rozbawiony
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Tak się wpatrujesz… - zmrużył jedno oko i przeczesał ręką swoje złociste
włosy.
- Nie, skąd. – odrzekłam zawstydzona i szybko skupiłam się na czymś innym,
mając nadzieję, że nie zobaczy moich rumieńców na twarzy.
Rozejrzałam się po miejscu, w którym się znaleźliśmy.
Była to dość duża jaskinia, lekko wilgotna, dlatego było tutaj trochę zimno.
Na szczęście byliśmy ubezpieczeni, gdyż organizatorzy zaopatrzyli nas w ciepłe
ubranie. Zupełnie jakby zależało im na tym, by było nam dobrze i wygodnie. Zabawne.
Pamiętam, że wczoraj włóczyliśmy się po arenie aż godzinę, zanim znaleźliśmy
odpowiednią kryjówkę. Niektóre były za małe, lub za bardzo rzucały się w oczy.
- Wyszedłem na chwilę przed jaskinię. – poinformował mnie Daniel – Cała arena
to górzysty teren. Jedynie centralna część, na której znajduje się Róg
Obfitości jest polaną.
- Skoro góry, pewnie i dużo źródeł. – wywnioskowałam, dalej wpatrując się w
ścianę jaskini i obserwując małe kropelki, spływające po jej powierzchni.
- Możliwe. – pokiwał lekko głową – Trzeba być uważnym. Te najwyższe szczyty, są
dobrze widoczne, a co za tym idzie i ludzie, którzy na nich przebywają. –
pochwycił do ręki mały kamyk i rzucił nim przez całą długość jaskini.
- Wiesz ile osób wczoraj zginęło? – zasnęłam wczoraj od razu, lecz może on
zdążył załapać się na widowisko, w którym twarze zmarłych trybutów pojawiały
się na niebie wraz z numerami Dystryktów.
- Dwanaście, standardowa liczba. – stwierdził ze wzruszeniem ramion.
- A Aleks?
- Ma się dobrze, zawodowcy również.
Nic nie odpowiedziałam. Mogę się założyć, że przemierza teraz góry w
poszukiwaniu mnie, by jak najszybciej sprzątnąć mnie ze świata. Może nawet
nawiązał z kimś sojusz. Pewnie nie musiał nikogo o to prosić. Jestem pewna, że
wszystkie trybutki do niego lgną, a on nawet nie musi ruszać palcem, żeby to
osiągnąć.
Mam nadzieję, że mnie nie znajdzie. Nie może, bo wtedy będę zmuszona go zabić.
- Kto jest twoim mentorem? – próbowałam zejść z tematu Aleksa.
- Finnick Odair. – oznajmił, spoglądając przy tym na mnie uważnie.
- Nie kojarzę. – wzruszyłam ramionami.
- Nie wierzę! – zaśmiał się, a na jego policzkach pojawiły się delikatne
dołeczki w pobliżu kącików ust. – Jesteś dziewczyną, mieszkającą w Panem i nie
wiesz kto to Finnick? Żartujesz.
- Nie, nie żartuje, czy to coś dziwnego? – spojrzałam na niego pytająco.
- Finnick Odair to jedyny mężczyzna w Panem, za którym uganiają się wszystkie
dziewczyny od 14 do 40 roku życia. Jeśli teraz to ogląda, nie polubi Cię. –
wskazał na kamerę, zwisającą z wilgotnego sufitu jaskini i uśmiechnął się
szeroko.
- Jego strata.
Zapanowała długa cisza, słychać było tylko podmuchy wiatru, dobiegające z
zewnątrz.
- Macie podobne charaktery. – stwierdził w końcu – Silni, uparci, ale w środku…
wrażliwi. Może jednak by się z Tobą dogadał.
- Sądzę, że Finnick nie będzie z Ciebie zadowolony. Właśnie nazwałeś go
wrażliwym, przed całym światem. – posłałam mu uśmiech.
- Dziewczyny lecą na wrażliwych. Finnick jeszcze mi podziękuje, może jego grono
rozszerzy się do kobiet po 50. – parsknął śmiechem.
Miał bardzo ładny śmiech, pogodny. Zdawało by się, że śmiechem może przepędzić
wszelki zło z tego świata. Gdyby jednak tak było, nie byłoby nas tutaj.
Siedzielibyśmy w domu ze swoimi rodzinami. Ja u boku Alana. Bylibyśmy
szczęśliwi, aż do końca. Wieczny, wręcz niepoprawny optymista. Jakby zapomniał,
że w każdej minucie może zginąć. Może potrzebny mi taki towarzysz? Wiecznie
niezadowolonej, pochmurnej Ellen Pierce. Jeżeli ktoś może zawładnąć sercami
sponsorów i bogatych panienek, to właśnie on, nie ja. W pojedynkę nic bym nie
zdziałała, Oliver mi wybaczy sojusz z jednym z czołowych Dystryktów. Nie ma
wyjścia. Jestem pewna, że teraz uważnie nas ogląda. Ciekawe czy podoba mu się zaistniała
sytuacja? Jak reagują na to inni?
Tego typu pytania mogłabym zadawać sobie przez cały dzień. Nie było sensu
tracić na to czasu, który bardzo szybko uciekał.
- Moim mentorem jest Oliver Plath. – powiedziałam nie chcąc przerywać rozmowy,
jego komentarze pozytywnie mnie nastrajały.
- Wiem, zdążyłem go całkiem dobrze poznać. – oznajmił, po czym wykrzywił twarz
w takim grymasie jakby strzelił niewiadomo jaką gafę.
- Tak? Przy jakiej okazji? – zainteresowałam się.
- Wiesz co Ellen? – gwałtownie podniósł się z ziemi, otrzepując przy tym
spodnie.
Chodźmy coś upolować, głodny jestem. Ponadto musimy znaleźć wodę. Nie ma sensu
siedzieć dłużej bezczynnie. – odezwał się surowym tonem, a jego roześmianą
twarz, przysłoniła maska pełna powagi.
- Zgarnąłem z Rogu plecak, dwa miecze i łuk. Ja wezmę łuk, ty weź miecz i jeden
ze swoich dwunastu noży. Resztę schowamy tutaj. – zarządził wskazując na wnękę,
znajdującą się na samym końcu jaskini.
Zrobiliśmy tak jak to ustalił. Następnie zakryliśmy wąskie wejście do jaskini
dużym głazem, pokrytym zielonym mchem i ruszyliśmy w góry, które niewątpliwie
kryły za sobą wiele niebezpieczeństw.