sobota, 8 marca 2014

Liebster Blog Award

Zostałam nominowana do konkursu Liebster Blog Award przez blog Ani Janik.
Dziękuje, dziękuje! <3

A czym jest LBA?

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego bloggera wramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana też blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwości do ich rozpowiszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
Oto pytania które dostałam:
 1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
To, że wiele osób powtarzało mi, że umiem dobrze pisać. Chciałam przekonać się, czy rzeczywiście tak jest i czy inni też tak uważają. Chciałam, żeby moja twórczość dotarła do większej liczby osób. 

2. Jaki jest Twój wymarzony zawód?
Chciałabym zostać aktorką, bo aktorstwo to moje hobby, ale wiem, że bycie dobrym i dobrze zarabiającym aktorem jest bardzo trudne i potrzeba do tego wiele talentu i szczęścia. 

3. Lubisz czytać książki? Jeśli tak, to jakie?
Kocham czytać <3 Właściwie to wszystkie gatunki, ale ostatnio spodobały mi się książki w stylu Igrzysk np. Delirium czy Niezgodna :) 

4. Co robisz, gdy ktoś mówi Ci, że Twój blog jest okropny?
Nie przejmuje się tym, każdy ma inny gust i nie wszystkim musi się podobać to co piszę. Piszę dla tych, którym się to podoba i przede wszystkim dla siebie.

5. Twoje motto życiowe...?
“Nie daj sobie nigdy wmówić, że czegoś nie potrafisz. Masz jakieś marzenia – spełnij je! Ludzie mówią, że się nie da, kiedy sami czegoś nie potrafią. Chcesz czegoś to walcz…i już.”

6. Czy masz w domu zwierzęta? Jeśli tak, to jakie?
Tak, dwa psy :)

7. Jak spędzasz wolny czas?
Spotykam się z przyjaciółmi, piszę opowiadania, występuje w teatrze, gram na gitarze, oglądam filmy, czytam książki, uprawiam sport <3

8. Czy twoja rodzina i przyjaciele wiedzą, że piszesz bloga?
Niektórzy przyjaciele wiedzą, rodzina nie.

9. Jak wygląda kwestia porządku na twoim biurku?
porządek? a co to za nowe, nieznane mi słowo? :D

10. Czy grasz na jakichś instrumentach muzycznych (poza nerwami swojej rodziny)?
Na gitarze, ale ostatnio to zaniedbałam z powodu braku czasu, w wakacje to nadrobię.

11. Twoja ulubiona postać z książki/filmu to...
Katniss Everdeen, podziwiam ją za odwagę i wszystko czego była w stanie dokonać.

Blogi, które nominuje:
1. http://i-must-have-loved-you-a-lot.blogspot.com/
2. http://dramione-gdy-jestesmy-sami.blogspot.com/
3. http://www.podskrzydlamikosoglosa.blogspot.com/
4. http://first-hunger-games.blogspot.com/
5. dusze-cieni.blogspot.com/
6.
http://difficult-love-austria.blogspot.com/
7. http://peetamellark12.blogspot.com/
8. http://scratchthecloud.blogspot.com/
9. http://corka-aniolow.blogspot.com/
10. http://z-areny-wziete.blogspot.com/
niestety więcej nie mam :/

Moje pytania do nominowanych:
1. Co was inspiruje?
2. Co zachęciło was do napisania opowiadania?
3. Ulubiony cytat?
4. Najgorsza rzecz, jaką usłyszeliście od jakiejś osoby?
5. Wasze hobby?
6. Najlepsze zdarzenie w waszym życiu?
7. Książka lub film, która dała wam do myślenia?
8. Uważacie, że ludziom można ufać?
9. Wolicie czytać książki czy oglądać filmy?
10. Postać z filmu/ książki którą podziwiacie?
11. Potraficie zawsze wyrażać swoją opinię?

Dziękuje za nominację, tak się cieszę :D

poniedziałek, 10 lutego 2014

ROZDZIAŁ 8 - ROZPOCZĘCIE IGRZYSK

Wielki zegar rysujący się nad okazałym Rogiem Obfitości odliczał równą minutę.
Stałam sparaliżowana na tarczy starając się wyprzeć z umysłu słowa projektanta, które echem odbijały się w mojej głowie.
Byłam pewna, że wszystkie kamery zwrócone są na mnie i Aleksa, w końcu ludzie mają okazję po raz pierwszy zobaczyć nas w pełnej okazałości.
Ciekawe co teraz o mnie myślą? Czy wyglądam na poważną? Silną? Ładną?
Co sądzą o Aleksie?
- 40 sekund.
Nic nie wiedziałam, tak jak przepowiedział Oliver było przeraźliwie ciemno, jedyne co zdołały wyłapać moje zmęczone oczy to 23 małe światełka, migoczące w równych odstępach od siebie. Latarki. Niestety słabo oświetlały one drogę, a twarze trybutów spowijała ciemność. Nie sposób dostrzec tą zarozumiałą twarz Aleksa.
- 20 sekund.
W tym momencie, przypomniałam sobie o nakazie Oliviera, zamierzałam jednak wyłączyć moje światełko w ostatniej chwili. Niech się Kapitol napatrzy na moją twarz, za niedługo i tak nie będzie już miał tej szansy.
- 10 sekund.
Ustawiłam się w startowej pozycji do biegu i w myślach odliczałam te ostatnie sekundy. Starałam się opanować drżenie nóg. Przez myśl przeszło mi też, że mogłabym zejść z cylindra przed czasem, wtedy zostałabym zmieciona z powierzchni ziemi już za kilka sekund. Aleks miałby mnie z głowy, a ja nie musiałabym dłużej żyć w strachu. Jednak to było zadanie dla tchórzy. Ja taka nie byłam. Już nie.
- Trzy, dwa, jeden… PANIE I PANOWIE 70 IGZRYSKA GŁODOWE UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTE!
Natychmiast zeskoczyłam z tarczy i pognałam do Rogu Obfitości.
Jedna z kamer pojawiła mi się tuż nad głową. To przeszkadza! wykrzyczałam w myślach i zwiększyłam tempo. Cały czas czułam na sobie kamerę, która pochłaniała mnie w całości.
Szybko wyłączyłam latarkę i starałam się biec najciszej jak to możliwe. Było to trudne w tak ciężkich, górskich butach. Sama doskonale słyszałam wszystkie kroki stawiane przez innych trybutów, byliśmy jak stado bawołów, zapędzanych na rzeź. Rozejrzałam się dookoła, byłam jedną z osób biegnących na samym czele. Podłoże po którym biegłam było miękkie, podejrzewam, że jest to trawa.
Róg Obfitości znajdował się na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilkanaście sekund biegu i dotrę do niego, jako jedna z pierwszych.
Nagle potknęłam się o coś i jak długa uderzyłam o ziemię. Ręką wymacałam rzecz, która była sprawcą mojego upadku. Dość twardy materiał… o szelka! Jest i druga!
Plecak!
Nie było teraz czasu na radość, chwyciłam nową zdobycz i zarzuciłam na ramiona, otrzepując przy okazji spodnie.
Na razie nie doszło do żadnych ataków. Wszyscy byli mocno zdezorientowani i desperacko poszukiwali potrzebnych rzeczy. Słyszałam, że niepotrzebne odrzucali i dalej przeczesywali teren. Nie obyło się bez przekleństw ze strony mniej cierpliwych trybutów.
Zdenerwowana rozglądałam się dookoła. Totalnie nic nie widziałam, w takich warunkach nie byłam w stanie zdobyć jakiejkolwiek broni. Niewiele myśląc włączyłam latarkę i przepraszając w myślach Oliviera, rozpoczęłam poszukiwania na nowo.
Tak jak inni przerzucałam niepotrzebne rzeczy, nie było sensu zaopatrzać się w łuk, skoro i tak nie umiałam się nim posługiwać.
I wtedy to usłyszałam. Krzyk. Przeraźliwy krzyk. Od tamtej chwili nie było już spokoju. Zaniepokojona zaprzestałam szukania i pochwyciłam pas noży leżący tuż pod moimi nogami. W sumie… nie ma co wybrzydzać.
Ponownie wyłączyłam latarkę i wytężyłam wzrok w poszukiwaniu białych światełek.
Nagle poczułam mocne pchnięcie i upadłam. Znowu.
Nie pomyślałam o tym, że inni też mogą być na tyle sprytni, by pomyśleć o wyłączeniu latarki. Najgorsze było to, że nie widziałam swojego napastnika. Jak mogłam się bronić gdy nie znałam nawet jego miejsca położenia? Zaczęłam na oślep czołgać się po ziemi by jak najprędzej oddalić się stamtąd. Może plecak i noże wystarczą, trzeba spadać. W tym samym momencie zauważyłam ostrze, lśniące w delikatnych promieniach rzucanych przez księżyc.
Wykonałam fikołka przez głowę by znaleźć się jak najdalej od napastnika.
Plecak nieco to utrudniał, usłyszałam trzask wydobywający się z niego wnętrza. Ostatecznie to naprowadziło na mnie, nieznaną osobę.
Wykonała ona dwa kroki w moją stronę, widać, że poruszała się niepewnie, nie za bardzo wiedziała czy zmierza w dobrym kierunku. Po cichu zaczęłam ponownie czołgać się po ziemi. Ktoś znowu się do mnie przybliżył.
Kogo tu oszukiwać, nie miałam żadnych szans. Przegrana, sunęłam po podłożu jak wąż, podpierając się na łokciach. Nie miałam jednak wielkiej nadziei, nie wierzyłam w cuda. Nadzieja była zdradliwa.
Usłyszałam coraz bliższe kroki, lecz bałam się obracać. Nie chciałam stawać twarzą twarz ze śmiercią. Spodziewam się, że nie jest to miłe uczucie. Odważyłam się jednak spojrzeć kątem oka w tył. Osoba znieruchomiała.
Straciła orientacje? – pomyślałam w pierwszej chwili, modląc się, żeby tak było.
Nagle mój napastnik zwalił się na mnie. Upadł, tak samo jak ja wcześniej.
Ledwo powstrzymałam się od krzyku. Poczułam, że coś ciepłego kapie mi na rękę.
Krew. To oczywiste, że ten ktoś już nie żył. Pełna odrazy, zrzuciłam z siebie jego ciało i podniosłam się na chwiejnych nogach.
Trzeba uciekać. – ta myśl zalała mnie jak tsunami. To było logiczne, tylko dokąd?
Kiedy gorączkowo wytężałam wzrok by odnaleźć jakąś drogę, którą mogła bym podążyć, poczułam silny ucisk na ramieniu. Serce już drugi raz tego wieczoru podeszło mi do gardła, a krew odeszła z twarzy.
Teraz już nie mam żadnej szansy.
- Bądź cicho. – wyszeptał mi ktoś do ucha, a ja poczułam jego ciepły oddech na moim karku. – Nic Ci nie zrobię. Chodź za mną. – poznałam, że to męski głos.
Chłopak cały czas trzymał mnie za ramię, nie było możliwości ucieczki. Rozum podpowiadał mi, żebym poszła razem z nim. Tak też zrobiłam.
Do dziś zastanawiam się, jak wyglądałaby moja sytuacja gdybym tego nie zrobiła.
Sprzeciwiła się i stanęła w miejscu. Niestety nigdy się już tego nie dowiem.
Trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje czyny.
Wydawało mi się jakbym biegła całe życie. Ledwo potrafiłam złapać oddech, a nogi uginały się pode mną, miałam wrażenia jakbym ważyła tonę.
W mojej klatce piersiowej wybuchł pożar, powietrze paliło mnie od środka, z trudem oddychałam. Nie miałam już siły. Na nic. Chłopak chyba to wyczuł, bo zatrzymał się.
- Jesteśmy w bezpiecznej odległości. – stwierdził – Biegliśmy ponad godzinę. Teraz musimy znaleźć kryjówkę, w której zostaniemy do rana. – ciężko oddychał, a w jego głosie było czuć zmęczenie. Ten maraton wykończył także jego. Nie miałam przynajmniej tak wielkiego poczucia słabości.
- Zaczekaj. – po omacku wyszukałam jego nadgarstek i mocno go chwyciłam – Czego chcesz? – starałam się aby mój głos brzmiał złowrogo.
- Sojuszu. – odparł takim tonem, jakby było to oczywiste.
- Ze mną? – zdziwiłam się, puszczając jego rękę.
- Czemu nie? – spytał z westchnieniem.
- Otrzymałam tylko 4 punkty podczas sprawdzania umiejętności. – przypomniałam mu, oczekując, że zaraz zmieni zdanie i pozostawi mnie samą.
- Nie wierzę w te twoje gierki. – postąpił krok w moją stronę – Pokonałaś Paula, jesteś silna, a ta punktacja… myślę, że chciałaś, żeby ona tak wyglądała.
Nie zamierzałam wyprowadzać go z błędu. Widać jestem przekonująca, a podczas wywiadu świetnie odegrałam swoją rolę. Skoro on mi uwierzył, inni prawdopodobnie też.
- Który Dystrykt? – zapytałam krótko.
- Czwarty. – w jego głosie słychać było, że ma już dość moich pytań, ale jak na razie na nie odpowiadał.
Od razu przypomniałam sobie o przestrodze Oliviera, który odradził mi bratania się ze zwycięskimi Dystryktami, a Czwórka niewątpliwie do nich należała. Chyba, że miał na myśli 1 i 2? Żałowałam, że nie ma go przy mnie, by mi pomóc.
- Dlaczego mam to robić? – dalej nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
- Hmm… pomyślmy… a może dlatego, że jakąś godzinę temu uratowałem Ci życie? Masz dług do spłacenia. – sprawiał wrażenie poirytowanego.
Pokiwałam głową, chociaż zdawałam sobie sprawę, że on i tak nie ma możliwości zobaczenia tego.
- Czemu ja, a nie twoja partnerka z Czwórki?
- Bo zginęła pod Rogiem. – odpowiedział przez zaciśnięte zęby – Skończ już z tym i chodźmy poszukać kryjówki. – zarządził i z zapaloną latarką ruszył w stronę pobliskich skał.
- I jeszcze jedno. – obrócił się przez ramię – Nie sil się na ten srogi ton, to komiczne. – cicho parsknął śmiechem, a ja podążyłam za nim, zastanawiając się czy nie zrobić użytku z nowo nabytych noży i czy nie wbić mu jednego z nich w tą roześmianą buzię.



Gdy się obudziłam byłam całkiem wypoczęta.
Podparłam się na łokciach i leniwie otworzyłam oczy. Obok siedział chłopak i wpatrywał się we mnie.
- Na razie spokojnie. – oznajmił – Mamy szczęście, spaliśmy prawie 12 godzin, ja obudziłem się jakieś 20 minut temu.
- Która godzina? – ziewnęłam, kulturalnie zasłaniając usta ręką.
- Dziesiąta. – odparł i odwrócił wzrok.
Dopiero teraz miałam okazję mu się przyjrzeć, wczoraj nie widziałam nawet gdzie stawiam stopy, a co dopiero, żeby skupiać się na innych rzeczach.
Był dobrze zbudowany, wysoki, mniej więcej takiego wzrostu jak Aleks. Jego blond czupryna znajdowała się w całkowitym nieładzie, a oczy w kolorze płynnego miodu wpatrywały się w otwór jaskini.
Teraz go poznałam, Daniel Dew, Dystrykt 4.
Wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi, co było dość dziwne, zazwyczaj przystojny chłopcy nie uchodzą mojej uwadze.
- Coś ze mną nie tak? – spojrzał na mnie rozbawiony
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Tak się wpatrujesz… - zmrużył jedno oko i przeczesał ręką swoje złociste włosy.
- Nie, skąd. – odrzekłam zawstydzona i szybko skupiłam się na czymś innym, mając nadzieję, że nie zobaczy moich rumieńców na twarzy.
Rozejrzałam się po miejscu, w którym się znaleźliśmy.
Była to dość duża jaskinia, lekko wilgotna, dlatego było tutaj trochę zimno.
Na szczęście byliśmy ubezpieczeni, gdyż organizatorzy zaopatrzyli nas w ciepłe ubranie. Zupełnie jakby zależało im na tym, by było nam dobrze i wygodnie. Zabawne.
Pamiętam, że wczoraj włóczyliśmy się po arenie aż godzinę, zanim znaleźliśmy odpowiednią kryjówkę. Niektóre były za małe, lub za bardzo rzucały się w oczy.
- Wyszedłem na chwilę przed jaskinię. – poinformował mnie Daniel – Cała arena to górzysty teren. Jedynie centralna część, na której znajduje się Róg Obfitości jest polaną.
- Skoro góry, pewnie i dużo źródeł. – wywnioskowałam, dalej wpatrując się w ścianę jaskini i obserwując małe kropelki, spływające po jej powierzchni.
- Możliwe. – pokiwał lekko głową – Trzeba być uważnym. Te najwyższe szczyty, są dobrze widoczne, a co za tym idzie i ludzie, którzy na nich przebywają. – pochwycił do ręki mały kamyk i rzucił nim przez całą długość jaskini.
- Wiesz ile osób wczoraj zginęło? – zasnęłam wczoraj od razu, lecz może on zdążył załapać się na widowisko, w którym twarze zmarłych trybutów pojawiały się na niebie wraz z numerami Dystryktów.
- Dwanaście, standardowa liczba. – stwierdził ze wzruszeniem ramion.
- A Aleks?
- Ma się dobrze, zawodowcy również.
Nic nie odpowiedziałam. Mogę się założyć, że przemierza teraz góry w poszukiwaniu mnie, by jak najszybciej sprzątnąć mnie ze świata. Może nawet nawiązał z kimś sojusz. Pewnie nie musiał nikogo o to prosić. Jestem pewna, że wszystkie trybutki do niego lgną, a on nawet nie musi ruszać palcem, żeby to osiągnąć.
Mam nadzieję, że mnie nie znajdzie. Nie może, bo wtedy będę zmuszona go zabić.
- Kto jest twoim mentorem? – próbowałam zejść z tematu Aleksa.
- Finnick Odair. – oznajmił, spoglądając przy tym na mnie uważnie.
- Nie kojarzę. – wzruszyłam ramionami.
- Nie wierzę! – zaśmiał się, a na jego policzkach pojawiły się delikatne dołeczki w pobliżu kącików ust. – Jesteś dziewczyną, mieszkającą w Panem i nie wiesz kto to Finnick? Żartujesz.
- Nie, nie żartuje, czy to coś dziwnego? – spojrzałam na niego pytająco.
- Finnick Odair to jedyny mężczyzna w Panem, za którym uganiają się wszystkie dziewczyny od 14 do 40 roku życia. Jeśli teraz to ogląda, nie polubi Cię. – wskazał na kamerę, zwisającą z wilgotnego sufitu jaskini i uśmiechnął się szeroko.
- Jego strata.
Zapanowała długa cisza, słychać było tylko podmuchy wiatru, dobiegające z zewnątrz.
- Macie podobne charaktery. – stwierdził w końcu – Silni, uparci, ale w środku… wrażliwi. Może jednak by się z Tobą dogadał.
- Sądzę, że Finnick nie będzie z Ciebie zadowolony. Właśnie nazwałeś go wrażliwym, przed całym światem. – posłałam mu uśmiech.
- Dziewczyny lecą na wrażliwych. Finnick jeszcze mi podziękuje, może jego grono rozszerzy się do kobiet po 50. – parsknął śmiechem.
Miał bardzo ładny śmiech, pogodny. Zdawało by się, że śmiechem może przepędzić wszelki zło z tego świata. Gdyby jednak tak było, nie byłoby nas tutaj. Siedzielibyśmy w domu ze swoimi rodzinami. Ja u boku Alana. Bylibyśmy szczęśliwi, aż do końca. Wieczny, wręcz niepoprawny optymista. Jakby zapomniał, że w każdej minucie może zginąć. Może potrzebny mi taki towarzysz? Wiecznie niezadowolonej, pochmurnej Ellen Pierce. Jeżeli ktoś może zawładnąć sercami sponsorów i bogatych panienek, to właśnie on, nie ja. W pojedynkę nic bym nie zdziałała, Oliver mi wybaczy sojusz z jednym z czołowych Dystryktów. Nie ma wyjścia. Jestem pewna, że teraz uważnie nas ogląda. Ciekawe czy podoba mu się zaistniała sytuacja? Jak reagują na to inni?
Tego typu pytania mogłabym zadawać sobie przez cały dzień. Nie było sensu tracić na to czasu, który bardzo szybko uciekał.
- Moim mentorem jest Oliver Plath. – powiedziałam nie chcąc przerywać rozmowy, jego komentarze pozytywnie mnie nastrajały.
- Wiem, zdążyłem go całkiem dobrze poznać. – oznajmił, po czym wykrzywił twarz w takim grymasie jakby strzelił niewiadomo jaką gafę.
- Tak? Przy jakiej okazji? – zainteresowałam się.
- Wiesz co Ellen? – gwałtownie podniósł się z ziemi, otrzepując przy tym spodnie.
Chodźmy coś upolować, głodny jestem. Ponadto musimy znaleźć wodę. Nie ma sensu siedzieć dłużej bezczynnie. – odezwał się surowym tonem, a jego roześmianą twarz, przysłoniła maska pełna powagi.
- Zgarnąłem z Rogu plecak, dwa miecze i łuk. Ja wezmę łuk, ty weź miecz i jeden ze swoich dwunastu noży. Resztę schowamy tutaj. – zarządził wskazując na wnękę, znajdującą się na samym końcu jaskini.
Zrobiliśmy tak jak to ustalił. Następnie zakryliśmy wąskie wejście do jaskini dużym głazem, pokrytym zielonym mchem i ruszyliśmy w góry, które niewątpliwie kryły za sobą wiele niebezpieczeństw. 

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 7

Następnego dnia na śniadaniu nikt się nie odzywał. Aleks trenował wczoraj moją cierpliwość i sprawdzał jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa podczas wywiadu, lecz nie uzyskując żadnej reakcji z mojej strony, szybko się znudził.
Dzisiaj, w dzień rozpoczęcia Igrzysk napięcie było namacalne. Unosiło się nad naszymi głowami niczym mgła i zasłaniało wszystkie pozytywne aspekty.
Nie mogłam się skupić nawet na najprostszej czynności takiej jak dokończenie śniadania.
- Plan dnia jest taki… - zdecydowała się przerwać ciszę Lauren. Jej twarz wyrażała mocne skupienie i opanowanie. – Na początek rozmowa z Olivierem. – wskazała zgrabną dłonią na pochłoniętego myślami mentora. – Następnie kilkugodzinny odpoczynek, a na koniec zabiegi… przygotowujące. Igrzyska rozpoczną się o godzinie 20, a…
- Właśnie. – wpadł jej w słowo Oliver, wybudzony ze swoich przemyśleń. – 20 to późna pora, będzie już ciemno, chcą waz zdezorientować, a ponadto…
- Przepraszam. – odchrząknęłam, tym razem ja przerwałam potok jego słów – Czy ta dyskusja mogłaby odbyć się indywidualnie? – podniosłam wzrok na Aleksa, który ze spokojem wkładał do swojej łapczywej gęby już 6 kanapkę.
- Jasne, chodź ze mną Ellen. – mentor podniósł się od stołu i machnął ręką abym poszła za nim. Wspólnie przemierzyliśmy salon, lądując w schowku na żywność.
Takiej ekskluzywnej spiżarni.
- Pyszne miejsce do rozmów. – próbowałam rozładować napięcie, jednak Oliver nie zwrócił uwagi na moje starania.
- Usiądź. – wskazał na dużą drewnianą skrzynię, stojącą w rogu pomieszczenia. Naklejona była na nią olbrzymia etykieta, przedstawiająca pomarańcze.
Posłusznie wykonałam polecenie.
Na jego czole pojawiły się zmarszczki, a oczy były podkrążone. Widać było, że tak jak ja nie spał za wiele tej nocy. Byłam ciekawa czy po mnie widać to tak samo mocno jak po nim.
- Pierwsze co zrobisz, gdy już znajdziesz się na arenie to wyłączenie latarki, którą każdy z was będzie miał dołączona do kombinezonu. – od razu przeszedł do rzeczy, nadmiernie przy tym gestykulując. – Będziesz stanowiła trudniejszy cel. Jesteś szybka, więc śmigaj do Rogu Obfitości, bierz co potrzebne i uciekaj, jak najdalej.
Skinęłam głową, dając mu do zrozumienia, że przyjęłam do wiadomości jego rady i może kontynuować.
- Jak spotkasz kogoś… w miarę przyzwoitego, postaraj się nawiązać sojusz. Jak nie to… cóż… - zawiesił głos, zastanawiając się jak ująć to w słowa.
- Kto nadawałby się na sojusznika? – położyłam łokcie na kolanach, a brodę wsparłam o splecione dłonie.
- Ludzie z zewnętrznych dystryktów. Jedenastka, Dwunastka, oni najczęściej są godni zaufania.
Od razu pomyślałam o ślicznej dziewczynie z Dwunastki. Może uda mi się przeciągnąć ją na swoją stronę. Wydaje się być sprytna i na pewno jest całkiem dobrze przygotowana do walki skoro zdobyła tak wysoką liczbę punktów podczas sprawdzania umiejętności. Tylko jak zachęcić ją do przymierza z kimś takim jak ja?
- Zawodowców unikaj. – przerwał moje rozmyślania Oliver – Tak samo jak Aleksa. – urwał, spoglądając na mnie swoimi przeraźliwie czarnymi oczami. Wyglądały jak dwa żarzące się węgle. Wydawało mi się, że dostrzegam w nich przebłyski troski i zmartwienia. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Co jeszcze? – to pytanie skierował do samego siebie – Chyba nic więcej, nie mam Ci do powiedzenia. Dasz radę, jesteś sprytna. Nie daj się zabić dzieciaku. – dokończył i szybko opuścił schowek pozostawiając mnie w towarzystwie pomarańczy i kolorowych babeczek.


Punktualnie o 18 ekipa przygotowawcza, znów zagarnęła mnie pod swoje ramiona.
Oskubali mnie niczym ptaka. Na moim ciele nie było widać ani jednego malutkiego włoska. Nie licząc tych na głowie, oczywiście. Po tym zabiegu, którego tak nie cierpię, odesłali mnie do łazienki abym porządnie się umyła. Zastosowałam dziesiątki żeli, mleczek do kąpieli i szamponów do włosów. Następnie pokryłam się cudownie pachnącym, cytrynowym balsamem i starannie rozczesałam swoje długie, brązowe włosy. Na koniec nałożyłam na siebie bieliznę i czysty biały szlafrok. Czysta opuściłam łazienkę i na powrót zajęła się mną ekipa przygotowawcza. Po wysuszeniu włosów, spięli mi go w wysokiego kucyka i zajęli się równym obcinaniem paznokci. Szczerze powiedziawszy miałam już tego dość.
Myślałam o rodzicach, gdzie są, co teraz robią. Zwykle tata o tej porze pracował jeszcze w fabryce, natomiast mama gotowała dla nas w domu obiad. Ja zazwyczaj odrabiałam pracę domową, ale czasami pomagałam mamie. Nie raz wychodziłam na zakupy. Mieliśmy znajomości wśród sprzedawców na targu, więc udawało mi się kupować rzeczy po promocyjnej cenie. Potem wszyscy zasiadaliśmy do stołu i opowiadaliśmy jak nam minął dzień.
Za czasów Alana, często kłóciliśmy się kto spędził go lepiej, a następnie opowiadał mi bajki, które sam wymyślał. Miał do tego talent i wielką wyobraźnię. Pamiętam jak raz wymknęliśmy się do stodoły i opowiedział mi straszną historię, po czym wyszedł i zostawił mnie samą. Odchodziłam tam od zmysłów, byłam wtedy mała, płakałam, darłam się, kopałam w drzwi, a nikt mnie nie słyszał. To był pierwszy raz i ostatni kiedy się pokłóciliśmy… potem nie było już okazji.
Swoją drogą ciekawe co teraz robi. Czy patrzy na mnie? Będzie mnie chronił? Wspierał? Wierzy we mnie? Błaga o szansę dla mnie? Pomoże mi? Doda otuchy? Mi i rodzicom? Co zrobisz Alan? Co zrobisz żeby było lepiej?

Po godzinie, wsiadałam już do olbrzymiego poduszkowca, który miał przetransportować nas do podziemnych pomieszczeń, skąd zaczynamy Głodową Walkę.
Szybko skierowałam się w stronę fotela przeznaczonego dla mnie i zapięłam pasy bezpieczeństwa. Udałam, że nie zauważam zawistnych spojrzeń zawodowców czy jakichkolwiek osób. Wytrenowałam to tutaj do perfekcji. Udawanie. Nie miałam sobie równych. Całe te kilka dni to było udawanie. Że jestem silna, pewna siebie, mroczna.
Jeszcze trochę, potem nie będziesz musiała nikogo udawać Ellen. – pocieszyłam w myślach sama siebie.
Po kilku minutach podeszła do mnie milcząca kobieta w dziwacznym niebieskim fartuchu i żelaznym uściskiem złapała mnie za rękę. Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, a ona w tym czasie zanurzyła w mojej skórze ogromną igłę. Poczułam ból powyżej nadgarstka i wyrwałam jej rękę.
- Co to jest? – wycedziłam przez zęby.
- Lokalizator. – odpowiedziała lakonicznie i podeszła do siedzącego obok mnie Aleksa.
No tak, jakby organizatorzy nie mieli pojęcia o naszym położeniu, nie mogliby mieć nad nami kontroli, a gdyby by jej nie posiadali… no w każdym razie, mogłoby się to skończyć różnie.
Nie zamierzałam się jednak nad tym rozwodzić.
Nim się obejrzałam, wychodziłam już z poduszkowca.
Jeden ze strażników mocno chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.
 - Szybciej! – warknął mi prosto w twarz, a ja posłusznie przyśpieszyłam kroku.
Miałam dość traktowania mnie jak śmiecia, ale nie mogłam nic na to poradzić.
Nie miałam odwagi stawiać oporu, zresztą co by to dało. Przywaliłby mi pałką i kazał iść szybciej, tak czy siak nie miałabym wyjścia. I tak prawdopodobnie już dzisiaj będę martwa, po co przysparzać sobie wrogów na końcówce życia. Jakbym miała ich teraz za mało. Zniosłam wszystkie obelgi ze strony Aleksa, jestem w stanie znieść także to.
Strażnik wprowadził mnie do ciasnego pomieszczenia i ustawił się przy drzwiach.
W środku czekał mój projektant. Bez słowa podał mi strój, a ja schowałam się w kącie pomieszczenia i zaczęłam się przebierać.
Spodnie były zrobione z ciepłego materiału, o kolorze ciemnozielonym. Wyszyte były na nich liczne, małe kieszonki. Jako górną część garderoby otrzymałam brązową, obcisłą koszulkę. Na szczęście nie krępowała ona ruchów.
Na bluzkę nałożyłam gruby polar, w takim samym kolorze jak bluzka, potem narzuciłam na ramiona czarną, przeciwdeszczową kurtkę. Była luźna i przewiewna. z dużymi kieszeniami po bokach. W zestawie znajdowała się także latarka na głowę, tak zwana czołówka. Czyli Oliver miał rację. Założyłam ją na czoło. Pasek lekko uciskał mnie w tył głowy, ale postanowiłam to zignorować. Na koniec  włożyłam na stopy grube skarpety, a na nie górskie trapery, o grubej podeszwie.
Moje stare ubranie pozostawiłam na ziemi i podeszłam do projektanta. Popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, ale nie wymówił ani słowa.
- Sądząc po stroju jaki nam przyszykowali, warunki będą ciężkie. – zagadnęłam go.
Pokiwał lekko głową i włożył dłonie do tylnych kieszeni spodni.



- 20 sekund. – usłyszałam mechaniczny głos kobiety, dobiegający znikąd.
Szyby szklanej tuby (nie mam pojęcia jak można byłoby to inaczej nazwać) otworzyły się.  Niepewnie postąpiłam krok w przód.
- Nie życzysz mi powodzenia? – odwróciłam się w stronę zamyślonego projektanta.
- Po co? – podniósł na mnie wzrok, w chwili gdy postawiłam jedną stopę na metalowym cylindrze. – I tak nie wygrasz. – stwierdził, a szklana szyba zamknęła się za mną.
- 10 sekund.
Spojrzałam na niego oczami przepełnionymi bólem.
Jak mógł mi to powiedzieć w takiej chwili. Po co? Żeby mnie jeszcze bardziej zdenerwować? Nie jestem z żelaza, już dosyć obelg usłyszałam z ust wielu osób w ciągu tych kilku dni. Dolna warga zaczęła mi drżeć, a oczy zaszły łzami. Obraz przede mną rozmazał się. Na szczęście szybko się opanowałam. Otarłam policzki rękawem kurtki i przygryzłam wargę. Chyba odrobinę za mocno po poczułam w ustach słony smak ciepłej krwi. Nie przejęłam się. Muszę być silna.
Wygram to, wrócę i zaśmieje się im wszystkim prosto w twarz. Mam teraz większą motywację. Ellen Pierce to silna kobieta.
W chwili gdy powtarzałam sobie to zdanie w myślach, srebrna tarcza zaczęła unosić się do góry, a ja razem z nią.

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 6



Po wczorajszej awanturze z Olivierem nie mogłam zmrużyć oka. Cały czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Nie mogłam wyrzucić z siebie cichego głosu obwiniającego mnie o wszystkie złe rzeczy, których dokonałam w ciągu tych kilku dni. Dlatego kiedy do pokoju wtargnęła epika przygotowawcza, odetchnęłam z ulgą. Po raz pierwszy cieszyłam się na ich widok.
- Dzień wywiadów! – zaszczebiotała wesoło Lauren, jakby nie pamiętając wczorajszej kłótni.
- Zrobimy z Ciebie oszałamiającą dziewczynę! – oznajmiła, a po chwili zastanowienia dodała – Nie żebyś teraz nią nie była…
Nastąpiła niezręczna chwila ciszy, Lauren nagle okazała wielkie zainteresowanie widokiem za oknem, a ja spuściłam swój wzrok na dywan. W końcu zdecydowałam się odezwać.
- Dobrze malujcie. – wskazałam na swoją bladą buzię i podeszłam do czarnego, sztywnego krzesła, stojącego naprzeciwko ogromnego lustra.
- Nie, nie kochanie, dzisiaj makijaż nie będzie Ci potrzebny. – poinformowała mnie słodkim głosem – I tak nie będzie widoczny.
Racja, z tego wszystkiego zapomniałam, że nikt z Kapitolu i Dystryktów (poza dziewiątką) nie miał okazji dotychczas ujrzeć mojej twarzy.
- Za to, przygotowaliśmy dla Ciebie, to znaczy twój stylista, który nie może dzisiaj się z Tobą spotkać, z powodów… ekhm… nieznanych… Przygotowaliśmy czarny strój, będziesz wyglądała jak Czarny Łabędź. – aż podskoczyła z podniecenia.
Położyła mi na łóżku długą, czarną suknię i starannie wygładziła rękami materiał, sprawdzając czy jest solidnie wyprasowana.
- Ubieraj się dzióbeczku, a my idziemy. – ręką pogoniła wizażystów i wspólnie opuścili pokój.
Kochanie, dzióbeczku… Nawet nie chcę wiedzieć jak zwraca się do męża. Przewróciłam oczami i zrzuciłam z siebie beżową piżamę. Następnie sięgnęłam po suknię i włożyłam ją przez głowę. Była idealnie dopasowana. Zwężała się w pasie, natomiast jej dolna część rozpływała się swobodnie czarnymi falami.
Wcisnęłam na nogi błyszczące, czarne baleriny ( chyba Lauren domyśliła się, że na szpilkach zabiłabym się jeszcze przed wyjściem z pokoju ) i przejrzałam się w lustrze.
Muszę przyznać, że efekt był całkiem niezły. Wykonałam kilka piruetów spoglądając na wirującą suknię. Niestety po chwili straciłam równowagę i z hukiem wylądowałam na ziemi.
- Ellen, żyjesz?! – do pokoju wkroczyła moja przerażona opiekunka – Dziecko, skaranie boskie z tobą. Zbieraj się z tej podłogi, jeszcze się pobrudzisz! – wykrzyknęła i pomogła mi wstać, odmawiając przy tym jakąś modlitwę.
Zza drzwi wyglądnął Aleks.
- Przyszedłem po maskę. – oznajmił
Ubrany był w czarny smoking i lakierkowane obuwie. Jedyną białą częścią tego stroju była kokardka, starannie uwiązana pod szyją.
- A żebyś się udusił. – pomyślałam z odrazą.
Jego włosy lśniły od żelu, był przylizany niczym tak zwani kujoni, nad którymi tak znęcał się w szkole.
Na mój widok zmarszczył brwi, ale nie wymówił ani słowa. Może zmęczyły go już ciągłe nieprzyzwoite komentarze na mój temat.
- Za chwilę. – warknęła Lauren – Wizażyści, wejść! – wrzasnęła. Nawet nie wiem co tak wyprowadziło ją z równowagi. Czy to mój upadek, czy sam widok Aleksa. Jeżeli to drugie, to lubię ją coraz bardziej.
- Zróbcie Ellen wysokiego, pełnego koka. – zarządziła – Ja idę po maski, Aleks siadaj. – wskazała na moje równo posłane łóżko. Wzdrygnęłam się, chyba dzisiaj czeka mnie noc spędzona na podłodze.
Ekipa momentalnie porwała mnie w swoje ręce i zaczesała mi dużego koka na czubku głowy. Kilka niesfornych kosmyków podpięli mi wsuwkami, a na końcu spryskali fryzurę lakierem do włosów.
Spoglądnęłam na odbicie m małym, podręcznym lusterku.
- Wyglądam jakbym miała na głowie gniazdo. – poskarżyłam się z niezadowoloną miną.
- Nic nowego. – zaśmiał się cicho Aleks, opierający głowę na mojej poduszce.
Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie miałam zamiaru wdawać się w dyskusję.
- Albo… w sumie to… podoba mi się. – stwierdziłam beznamiętnym tonem, gdy do pokoju wchodziła Lauren.
Wręczyła mnie i temu idiocie dwie czarne maski, a potem wcisnęła mi do rąk bukiet białych róż.
- Ustawcie się obok siebie. – zarządziła ostro.
Posłuchaliśmy.
- A teraz chwyćcie się za ręcę.
- Wolę już włożyć rękę do gówna. – zaprotestowałam, a kujon w smokingu tylko prychnął i mruknął coś pod nosem.
- Nieważne. – stwierdziła obojętnie i jeszcze raz zmierzyła nas surowym wzrokiem. Od góry do dołu. – Znośnie. – powiedziała w końcu i opuściła pomieszczenie, a na korytarzu dodała jeszcze:
- Spotykamy się na dole, za 20 minut.


Nim się obejrzałam, cała nasza czwórka stała już za sceną, na której lada chwila miały odbyć się wywiady z tegorocznymi trybutami.
Oliver od początku dnia, nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem.
Z nerwów zaczęłam wystukiwać butem melodię mojej ulubionej piosenki o kamienną posadzkę.
- Co mam robić? – zwróciłam się po kilku minutach do Oliviera.
- Myślę, że sama wiesz to najlepiej. – odparł lekceważącym tonem, nawet nie podnosząc na mnie wzroku.
Błagalnie spojrzałam w stronę Lauren, nie miałam pomysłu, żadnego planu w zanadrzu. Nic, pustka.
Ciężko westchnęła, lecz odpowiedziała na zadane pytanie.
- Bądź tajemnicza, udawaj, że nie przejmujesz się wczorajszą punktacją, sprawiaj wrażenie pewnej siebie, jakby to wszystko było częścią jakiegoś zagadkowego planu…
A co do Ciebie Aleks – zwróciła się do przylizanego idioty – A ty… - zawiesiła głos, zastanawiając się co powinna mu doradzić. – Bądź sobą! Pewny siebie, sarkastyczny, z nutką grozy i tajemniczości, przystojny. Wszystkie na to polecą.
- Ja nie. – odkaszlnęłam głośno.
- Nawet ty, uwierz mi. – szepnął mi do ucha i oddalił się, znikając mi z oczu za dużym filarem.
Po kilku minutach wywołali pierwszego trybuta. Byłam jednak zbyt zestresowana, żeby słuchać co mówią, a tym bardziej doszukiwać się sensu w tych wypowiedziach.
Chciałam po prostu dobrze wypaść, tylko na tym mi zależało.
Grono oczekujących na swoją kolej zawężało się, a ja denerwowałam się coraz bardziej. Zauważyłam, że śliczna, blond włosa dziewczyna z Dwunastki i jej mały kolega bacznie mi się przyglądają. Przez moment wydawało mi się nawet, że posłała mi lekki uśmiech.
Nie zdążyłam jednak tego przeanalizować, gdyż właśnie usłyszałam swoje imię i nazwisko.
- Ellen Pierce, Dystrykt 9!
Serce podeszło mi do gardła, a wszystkie wnętrzności skurczyły się do mikroskopijnych rozmiarów. Na drżących nogach wyszłam na scenę. Oślepiło mnie światło, padające na mnie z olbrzymich reflektorów. Musiałam zasłonić oczy ręką.
Ponadto czułam na sobie wzrok wszystkich mieszkańców Kapitolu i kamer, które uważnie śledziły każdy mój ruch.
Na środku czekał już na mnie Caesar Flickerman. Starałam się nie spoglądać na liczącą kilkanaście tysięcy publiczność. Prowadzący, jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha, chwycił mnie za rękę i podprowadził do obitego w białą skórę fotela.
- Och Ellen, Ellen… z Ciebie to jedna wielka zagadka. – zaczął Ceasar cały czas promiennie się uśmiechając i próbując dodać mi otuchy.
Siliłam się na sztuczny uśmiech by sprawiać wrażenie przyjaznej osoby.
- Powiedz mi… Uzyskałaś najgorszy wynik podczas wczorajszej prezentacji umiejętności. Co poszło nie tak?
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że całe państwo mnie teraz obserwuje i oczekuje odpowiedzi. Ludzie, czy wy do cholery nie macie lepszego zajęcia?!
- Kto powiedział, że coś poszło nie tak? – udawałam zaskoczoną – Wszystko odbyło się w jak najlepszym porządku. – uporczywie chciałam, żeby mój głos brzmiał pewnie.
- Ale otrzymałaś tylko cztery punkty! – Caesar nie ukrywał zdziwienia moją odpowiedzią.
- Może tak miało być… - odparłam cicho, odrywając jeden płatek z bukietu białych róż.
- Dobra, o nic więcej nie pytam. – zaśmiał się i uniósł ręce w geście kapitulacji, kryjac przy tym swoje zdezorientowanie zaistniałą sytuacją.
Czekałam na kolejne pytanie, jednak nie zadał go, cały czas wpatrując się we mnie spod przymrużonych oczu. Posłałam w jego stronę pytające spojrzenie.
- Szczerze mówiąc, nie wiem o co mogę Cię zapytać. Zwykle nie mam z tym najmniejszego problemu, ale ty… ty jesteś inna. Jesteś chyba największą tajemnicą w historii Igrzysk. Ta czarna maska… co ona ukrywa? To pytanie z pewnością zadają sobie teraz wszyscy mieszkańcy Panem. Co im powiesz?
- Jestem niesamowicie głodna. – odrzekłam bez zastanowienia i położyłam dłoń na brzuchu – Przez to całe zamieszanie z wywiadami, nie jadałam dzisiaj śniadania.
Caesar popatrzył na mnie jakbym uciekła z zakładu psychiatrycznego po czym wybuchnął głośnym śmiechem. Publiczność poszła w jego ślady, po chwili scena drżała pod wpływem roześmianego społeczeństwa.
- Wiesz co? – zapytał kiedy już zdążył się uspokoić.
- Co mam wiedzieć? – spytałam łagodnie.
- Intrygujesz mnie. Obiecuję Ci, że postawię w zakładach na Ciebie.
- Jestem pewna, że powtarzasz to każdemu trybutowi. – machnęłam ręką, udając obojętność, ale mój żołądek odtańczył w tym samym czasie kankana ze szczęścia.
- A słyszałaś, żebym komuś to dzisiaj powiedział? – uniósł brwi, czekając na odpowiedź.
- Szczerze mówiąc, to nie słuchałam poprzednich wywiadów. – przyznałam ze skruchą - Byłam skupiona na utrzymaniu tego bukietu w swoich drżących rękach.
Prowadzący udał smutek, wspomniał coś o niepotrzebnych nerwach naszych młodych uczestników, po czym wyskoczył z pewną propozycją.
- Mam pomysł. – zatarł ręce z ekscytacji – Trzymasz w dłoni piękny bukiet. Rzuć nim w nich. – wskazał na trybutów, którzy siedzieli z tyłu sceny na miękkich, czarnych fotelach. – Ten kto złapie kwiaty, wygra tegoroczne Igrzyska Głodowe.
Zgodziłam się po czym wstałam i wyszłam na środek sceny. Popatrzyłam na ludzi siedzących naprzeciwko mnie. Oczy im lśniły z radości i zniecierpliwienia.
Lekko rzuciłam bukiet w górę, tuż nad swoją głową. Po pięciu sekundach wpadł ponownie w moje ręce.
- O, popatrz. – udawałam zdziwienie – Ja go złapałam.
Flickerman po raz drugi wybuchł niekontrolowanym śmiechem, a publiczność ponownie mu zawtórowała. Byli jak jego cień, płakali i śmiali się razem z nim.
Po dojściu do siebie wyszedł na środek i stanął obok mnie.
- Niezłe z Ciebie ziółko. – mrugnął okiem i uśmiechnął się ukazując przy tym rządek równych, idealnie białych zębów. Po czym wziął mnie za rękę i uniósł ją wysoko.
- Panie i Panowie, Ellen Pierce! – zawołał, a Kapitolińczycy nagrodzili nas gromkimi brawami.   

Kiedy pojawiłam się za sceną, zawodowcy obrzucili mnie pełnymi oburzenia i pogardy spojrzeniami.
Pewnie wkurzyli się o ten bukiet. – pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie.
- Ellen, słońce, byłaś cudowna! – Lauren pochwyciła mnie w swoje ramiona i ucałowała powietrze unoszące się koło moich policzków. – Zwaliłaś ich z nóg! – zaklaskała i zdjęła mi maskę z twarzy. – Przede mną nie musisz się ukrywać. – obdarzyła mnie jednym ze swoich uśmiechów z serii ,,jestem z ciebie taka dumna, nie zepsuj tego”.
- Dobra robota. – ktoś poklepał mnie po ramieniu. Kątem oka dostrzegłam, że był to Olivier.
- Winy odkupione? – spytałam nieśmiało, bojąc się spojrzeć mu w oczy.
- Jasne! – odparł i przytulił mnie.
Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że to mój tata. Położyłam głowę na jego piersi i przez chwilę trwaliśmy w takim uścisku.
- Koniec tego dobrego. – Oliver ze śmiechem odsunął mnie od siebie i spojrzał na ekran, znajdujący się ponad naszymi głowami.
Podążyłam za nim wzrokiem.
Na fotelu, już wygodnie rozsiadł się Aleks, sprawiający wrażenie człowieka, któremu wszystko zwisa, lata i powiewa.
- Masz cięty język! – Caesar z uznaniem poklepał go po ramieniu. – Dobraliście się idealnie razem z twoją przyjaciółką, prawda
- To nie jest moja przyjaciółka. – poinformował go chłopak stanowczym tonem.
- Nie lubicie się? – zapytał prowadzący pełen zainteresowania tą kwestią.
- To mało powiedziane. – prychnął Aleks po czym obniżył głos i dodał – Będzie pierwszą osobą, którą zabiję, kiedy tylko znajdziemy się na arenie. 

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 5



Dzisiaj był ostatni dzień treningów.
Trzymałam się z dala od łuku, natomiast dużo czasu spędziłam przy stoisku z nożami  i mieczami. Pod koniec jeszcze raz próbowałam opanować sztukę maskowania się, ale nic to nie dało. Byłam w tym beznadziejna. W ostatnim dniu więcej czasu poświęciłam też na przyglądaniu się innym zawodowcom. Muszę przyznać, że nie było słabego ogniwa w tym roku. Każdy coś potrafił i popisywał się przed innymi. Aleks potrafił podnieść każdy ciężki przedmiot i rzucać celnie nożami z zamkniętymi oczami.
Nie chciałam jednak by zobaczył na mojej twarzy podziw więc udawałam, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
Zauważyłam, że jedna rzecz na której się skupiam tutaj najbardziej to udawanie. Udawanie, że świetnie się bawię na treningach. Udawanie, że jestem w czymś dobra. Udawanie, że przestrogi zawodowców mnie nie ruszają. Udawanie, że mam szanse przeżyć…
Po treningach mieliśmy kilka godzin czasu na odpoczynek, a w godzinach wieczornych odbyło się sprawdzanie umiejętności.
Nie ukrywam, że byłam bardzo zdenerwowana, zależało mi na dobrej ocenie, gdyż nie mając sojuszników, przydali by mi się chociaż sponsorzy.
Równo o godzinie 18, razem z Aleksem pojawiłam się w poczekalni, przed ośrodkiem szkoleniowym. Należeliśmy do 9 Dystryktu, a więc występowaliśmy jako jedni z ostatnich.
Zajęliśmy wolne miejsca w tyle i czekaliśmy aż zaczną wywoływać trybutów z 1 Dystryktu, których swoją drogą jeszcze nie było.
Zjawili się dopiero po 20 minutach. Mimo swojego spóźnienia nie wyglądali na podenerwowanych. Albo naprawdę ich to nie obchodziło, albo sztukę ukrywania emocji mieli opanowaną do perfekcji. Ja byłam bardzo dobra w wyczytywaniu ludzkich uczuć, miałam oko do detali, jednak tym razem nie udało mi się nic wyczytać z ich twarzy.
Dziewczyna miała kręcone, blond włosy, sięgające pasa, była średniego wzrostu, jej oczy przypominały kolor złota. Muszę przyznać, że była naprawdę ładna, pewnie zgarnie wszystkich sponsorów płci męskiej. Nie była jednak tak szczupła jak Nathalie. Podkreślała swoje kobiece kształty. Na plakietce przyczepionej to stroju wygrawerowane było imię: Tris.
Jej partnerem z 2 Dystryktu był Gabriel. Jego imię totalnie nie pasowało do wyglądu. Jak dla mnie pod tym imieniem kryje się postawa delikatnego, wrażliwego chłopca. Tymczasem był to wielki, umięśniony chłopak, a jego czarne oczy były przepełnione nienawiścią. Miał bardzo ciemną karnację, jak murzyn. Jego czarnych, króciutkich włosów, praktycznie nie było widać. A jego idealnie białe zęby wyszczerzone były w przeraźliwym uśmiechu.
Para zajęła ostatnie wolne miejsca i wszyscy siedzieliśmy pogrążeni w zupełnej ciszy.
Po kilku minutach usłyszeliśmy kobiecy głos, wypływający z głośnika nad nami.
- Nathalie Hale, Dystrykt 1, proszona na sale.
Trybutka wstała i pewnym krokiem podeszła do drzwi, otworzyły się, zdążyła jeszcze szybko posłać mi wrogie spojrzenie a następnie zniknęła w sali ośrodka szkoleniowego.
Po 10 minutach zawołali chłopaka z Jedynki.
I tak po kolei, każdy wezwany opuszczał poczekalnie. Po dwóch godzinach zostało już mniej niż połowa uczestników.
- Jennifer Alison, Dystrykt 8, proszona na salę. – rozbrzmiał głos.
Dziewczyna podniosła się z krzesła i niepewnym krokiem ruszył do drzwi. Zaczęłam się straszliwie denerwować, jeszcze około 20 minut i nadejdzie moja kolej.
Mocno zacisnęłam dłonie i zagryzłam wargę. Zamknęłam oczy i zaczęłam wystukiwać butem rytm w lśniącą posadzkę, to zawsze mnie uspokajało. Tym razem nawet to nie pomogło. Kiedy wezwali chłopaka z Ósemki, moje serce biło jak oszalałe. Nie mogłam nic zrobić, żeby opanować nerwy. Miałam wrażenie, że zaraz mnie rozsadzi. Zrobiłam kilka głębokich wdechów i wtedy to usłyszałam.
- Ellen Pierce, Dystrykt 9, proszona na salę.
Wstałam i najwolniej jak się da podeszłam do drzwi. Rozsunęły się, a ja zrobiłam krok przód. Gdy tylko przekroczyłam linię, drzwi szybko się zasunęły. Zdenerwowana odskoczyłam.
Nie mogę pokazać im, że się boję. – pomyślałam – Muszę dostać jak najwięcej punktów.
Z uniesioną głową wyszłam na środek sali. Oceniający siedzieli po drugiej stronie pomieszczenia, na znajdującym się bardzo wysoko ogromnym balkonie.
- Ellen Pierce. – powiedziałam lekko drżącym głosem.
- Pokaż co potrafisz. – zwrócił się do mnie, a raczej do mikrofonu, organizator Igrzysk.
Nerwowo rozglądnęłam się po stoiskach i ogarnęła mnie panika.
Przez to wszystko nawet nie zdecydowałam co chcę im pokazać!
Miałam na to cały dzień, a tymczasem nawet o tym nie pomyślałam! Nie mogłam dowierzyć swojej własnej głupocie. Nie chciałam się jednak załamywać.
Szybka decyzja. – pomyślałam i nim zdążyłam cokolwiek postanowić moje nogi same powędrowały w kierunku rozłożonych na stole mieczy.
Wybrałam jeden, ten sam, którym walczyłam z Paulem i ustawiłam się przodem do organizatorów.
- Gotowa. – oznajmiłam głośno i nacisnęłam czerwony guzik.
Pojawił się przede mną olbrzymi manekin. Zacisnęłam palce na rękojeści miecza i uważnie wpatrywałam się w wyimaginowanego
przede mną człowieka. Postąpiłam mały krok do przodu, czekając na jego ruch. Nie byłam pewna czy dobrze robię, ale zanim zdążyłam to przemyśleć, zaatakował.
Wbił mi swój wykreowany komputerowo miecz prosto w brzuch.
Zgięłam się w pasie i zawyłam z bólu. Kto by pomyślał, że uderzenie czymś nieistniejącym może tak boleć.
Odruchowo cofnęłam się i po kilku sekundach natarłam na przeciwnika z podwójną siłą. W sam środek klatki piersiowej, pięknie. Poczułam, że moje spięte mięśnie nieco się rozluźniają, więc nie czekając na jego ruch, jeszcze raz wbiłam mu ostrze miecza w brzuch.
Było to tak mocne uderzenie, że powaliło mojego wyimaginowanego wroga na posadzkę. Zadowolona zwróciłam głowę w stronę organizatorów, przekonana, że walka jest już skończona. Nie mogłam się bardziej mylić. Manekin wykorzystał moją chwilę nie uwagi, zwlókł się z ziemi i zaatakował mnie od tyłu.
Poczułam, że niematerialny miecz wbija mi się w ramię.
Wypuściłam miecz z ręki, ugięłam kolana i uklęknęłam na ziemi.
Po omacku zaczęłam szukać mojego miecza na ziemi, jednak nie udało mi się go dosięgnąć. Przeciwnik podłożył mi miecz do gardła. Zastygliśmy w takiej pozycji na kilka sekund. Było wiadome, że wygrał. Zniknął więc, a ja siedząc na ziemi nieśmiało podniosłam wzrok na jury. Byłam skończona i bardzo dobrze zdawałam sobie z tego sprawę.
Podniosłam się i stanęłam na drżących nogach.
Organizatorzy patrzyli na mnie rozbawieni.
- Hmm… Dziękujemy panno Pierce. Pokaz zakończony.
Spuściłam głowę i ruszyłam w stronę drzwi, by jak najszybciej opuścić miejsce mojej porażki. Jak Olivier się dowie, dostanie szału, a Aleks umrze ze śmiechu. Nie chciałam dawać mu tej satysfakcji.
Tak rozmyślając, nawet nie spostrzegłam się kiedy stałam w salonie Dystryktu 9.
- Ellen, kochanie jak poszło? – zaszczebiotała Lauren obejmując mnie w pasie.
Spojrzałam na mojego mentora, który właśnie zmierzał w moją stronę i Aleksa, leżącego na sofie i wpatrującego się we mnie pytającym wzrokiem.
Odpowiedziałam jej skinieniem głowy, miałam nadzieję, że dadzą mi spokój, ale to było niemożliwe.
- Czyli dobrze? – chciał upewnić się Oliver.
Spojrzałam mu w oczy. Były pełne nadziei, tak bardzo zaczął we mnie wierzyć po wygranej z Paulem. Nie chciałam go rozczarowywać.
- Tak, świetnie. – skłamałam i usiadłam na fotelu z ciemnej skóry, stojącego zaraz naprzeciwko ogromnego ekranu.
- Tylko tyle? – Aleks uniósł brwi w geście zdziwienia – Nie pochwalisz się jak to wygrałaś walkę z manekinem? Chciałbym usłyszeć twoją relację.
- Poczekajmy na wyniku. – odparłam chłodno i wlepiłam wzrok w olbrzymią plazmę. Nie chciałam, żeby ogłaszali wyniki, wtedy już na pewno nie zdobędę sponsorów. Miałam ochotę się rozpłakać, ale nie zamierzałam ukazywać słabości. Każdy ponosi porażki, ja swoją przyjmę z honorem i spokojem. Głęboko wciągnęłam powietrze po czym zajęłam się oglądaniem wiadomości z ostatniej chwili, które były nadawane na głównej stacji Kapitolu.
Mówili o tym, że jutro czekają nas wywiady z każdym z trybutów i wszyscy są bardzo podekscytowani. Pokazali kilka krótkich urywków z wywiadów, przeprowadzonych z naszymi stylistami i mentorami. Oliver zapytany o swoich podopiecznych nic nie odpowiedział, tylko zaczął się śmiać.
Nie rozumiem skąd u niego takie zachowanie, i co zamierzał tym osiągnąć, ale nie zamierzałam tego komentować.
Po kilkunastu minutach nadeszła chwila, której obawiałam się już od niespełna pół godziny.
- Panie i Panowie! – na ekranach pojawiła się sylwetka
Caesara Flickermana, który z szerokim uśmiechem na ustach powitał wszystkich siedzących przed ekranami. – Zaraz zobaczą państwo ile punktów otrzymał każdy z naszych trybutów. Nie wiem jak wy, ale ja wprost nie mogę się doczekać! Bardzo intrygują mnie nieznajomi z 9 Dystryktu, zobaczymy jak się spisali! – wykrzyknął głosem pełnych emocji.
Zacisnęłam dłonie na oparciu fotela. Ze strachem wpatrywałam się w ekran modląc się, żeby nagle wywaliło korki. To przecież takie proste! Wystarczy mała awaria!
W tym samym czasie Caesar zasiadł przy małym srebrnym stole i skierował swój wzrok do kamery. Następnie zatarł ręce z podekscytowania i właśnie wtedy na ekranie pojawiła się twarz Trybuta z Pierwszego Dystryktu. Paul. Kilka sekund później, obok jego zaciętej twarzy pojawiła się punktacja. 10 punktów.
Jego partnerce Nathalie poszło niewiele gorzej, uzyskała 8 punktów.
Potrafiłam sobie wyobrazić jak właśnie pełni radości skaczą po salonie i modlą się o jak najgorsze wyniki pozostałych.
Trybuci z dwójki otrzymali równo po 9 punktów.
- Wspaniale, wspaniale! – Flickerman klasnął w dłonie i zaczął gratulować sukcesu naszym zawodowcom.
 Jestem pewna, musieli wykazać się ponadprzeciętnymi umiejętnościami. W głębi serca czułam ukłucie zazdrości. No bo dlaczego to mi nigdy nic nie wychodzi?! W myślach zaczęłam użalać się nad sobą i obmyślać scenariusze mojego życia podczas ostatnich kilku dni istnienia. Całkowicie mnie to pochłonęło i ocknęłam się dopiero przy Dystrykcie 7.
Jennifer otrzymała dobre 7 punktów. Była to ta dziewczyna, którą widziałam poprzedniego dnia z wysokim, chudym chłopakiem u boku. Obserwowali mnie podczas moich zmagań z nożami
Wiedziałam, że nie można ich ignorować, wyglądali na szalenie sprytnych ludzi. Czego nie uda im się wywalczyć, dorobią swoją inteligencją. Nie myliłam się, jej towarzysz – Ryan także otrzymał wynik o wysokości 7 punktów.
- A teraz zagadka dzisiejszego roku, Dystrykt 9! – wykrzyczał Caesar tak głośno, że musiałam zatkać sobie uszy.
Wyprostowałam się i mocno zacisnęłam zęby. Za chwilę nadejdzie chwila mojej życiowej klęski.
- Aleks Ray. – tym razem na ekranie nie pojawiła się twarz. Pozostał on czarny. Wyświetliły się tylko dwie cyferki, które przybrały postać 10.
- Tak! – wykrzyknął mój zarozumiały partner – Wiedziałem, że mi się uda! Byłem niesamowity! – przyznał skromnie, a Oliver z uznaniem poklepał go po ramieniu. Na jego twarzy malowała się duma. Szkoda tylko, że zaraz  ta radość przemieni się w złość i smutek.
- Ellen Pierce.
Wstrzymałam oddech wyczekując najgorszego. Próbowałam przypomnieć sobie czy kiedykolwiek ktoś w historii Igrzysk Głodowych otrzymał punktacje równą 0. Niestety nie mogłam przywołać do pamięci takiego przypadku. No cóż, będę pierwsza i niewątpliwie zyskam wielkie zainteresowanie wśród innych. Nie sądzę jednak, żeby to było takiego typu zainteresowanie, którego mogliby mi pozazdrościć inni uczestnicy. No i moje przewidywania sprawdziły się.
MARNE 4 PUNKTY.
Skuliłam się w fotelu czując na sobie triumfujący wzrok Aleksa i zrozpaczony wzrok moich mentorów.
- Czekaj co powiedziałaś? Że poszło Ci świetnie? – zarechotał Aleks klepiąc się po brzuchu.
Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Wydawał się trochę niepoważny, ale już i tak nie miałam nic do stracenia. Nie mogłam pogorszyć swojej obecnej sytuacji.
- Tak, właśnie tak powiedziałam. – spojrzałam na niego wyzywająco.
- Co miałaś na myśli Ellen? – zwróciła się do mnie zmieszana Lauren.
Przewróciłam oczami jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Jak ludzie pomyślą, że jestem słaba, nie zwrócą na mnie zbytniej uwagi. To może być moja mocna strona. Silna dziewczyna, ukryta pod skórą totalnego nieudacznika.
- A jak wyjaśnisz wygraną z Paulem?
- No cóż… - zawahałam się – Trybuci mogą wziąć to za zwykły przypadek. Podobno idiota często ma szczęście.
- Chyba się nie zrozumieliśmy Ellen. – wyraźnie zdenerwowany Oliver podniósł głos – O ile dobrze pamiętam, ustaliliśmy, że takie decyzje podejmujemy wspólnie. Jak śmiałaś zrobić coś takiego bez mojej wiedzy?! Byłaś pewna, że to tak znakomity pomysł, że twój mentor nie musi o tym wiedzieć?! Co ty sobie myślałaś dziewczyno?! Zachowałaś się nieodpowiedzialnie, a ja myślałem, że mogę Ci ufać! – zaczął wymachiwać rękami, a włosy zjeżyły mu się na głowie.
- Przepraszam. – odpowiedziałam ze skruchą – Nie wiedziałam, że to aż takie ważne. – kątem oka zerknęłam na ekran. Śliczna dziewczyna z Dwunastki otrzymała notę 8 punktów, natomiast mały chłopiec w wieku 12 lat, 6 punktów. Cudownie, nawet taki maluch był lepszy ode mnie. Już wyobrażam sobie jak zawodowcy pokładają się na ziemi ze śmiechu, mówiąc jaka to ze mnie ofiara losu.
- Nie wiedziałaś, że to takie ważne?! – mentor złapał się za głowę. – Dziecko! Ta decyzja może zaważyć o twoim życiu! – spojrzał na mnie z odrazą. Po raz pierwszy w życiu nazwał mnie dzieckiem, czułam się parszywie. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Wiesz co?! – wykrzyknął – Nie ważne, rób co chcesz, skoro jesteś taka samodzielna. Niech los zawsze Ci sprzyja! – strącił dwie olbrzymie książki ze stołu i ze złością wyszedł z salonu.
Lauren natychmiast pobiegła za Olivierem, by go trochę uspokoić  i nie doprowadzić do rozsadzenia ośrodka, a ja zostałam sama.
Sama z Aleksem, rzucającym w moją stronę spojrzenia pełne niedowierzania.
Też nie mogłam dowierzyć w tą głupotę. Byłam skończoną idiotką.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 4 - część 2



Kiedy trenerka przedstawiała wersje zdarzeń Olivierowi, wydawał się być strasznie zły, patrzył na mnie surowym wzrokiem.
Jednak zaraz po jej wyjściu Oliver zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
- Dobra robota! – uśmiechnął się szeroko i zaczął czochrać mi włosy.
- Nie gniewasz się? – zapytałam zdziwiona i zdjęłam jego rękę z mojej głowy.
- A powinienem? – wybuchnął śmiechem – Pokonałaś zawodowca! Jutro już wszyscy będą chcieli zawierać z Tobą sojusze!
Lekko się uśmiechnęłam, też byłam z siebie zadowolona.
- Ale jak to się stało? – spoważniał na chwilę – Mówiłaś, że nie potrafisz władać bronią.
- Tak mi się wydawało. – stwierdziłam nieśmiało, nie chciałam mu mówić, że to prawdopodobnie tylko jedna rzecz, która mi wychodzi, nie licząc wiązania supłów.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym opróżnił szklankę z sokiem owocowym.
- Uwielbiam Cię Ellen. – mrugnął do mnie, po czym opuścił salon, czułam się jeszcze lepiej niż wtedy kiedy przyłożyłam chłopakowi z Jedynki miecz do gardła.
Niestety Oliver mylił się, o czym przekonałam się boleśnie następnego dnia. Nikt z trybutów nie poprosił mnie o sojusz, jakby zapomnieli o wydarzeniu z poprzedniego dnia… oczywiście poza karierowcami.
Kiedy tylko przekroczyłam próg ośrodka szkoleniowego, naskoczyła na mnie dziewczyna z Jedynki.
Była mniej więcej mojego wzrostu, tak samo szczupła jak ja, więc zapewne była też szybka. Ciemnorude włosy miała spięte w koński ogon, a jej orzechowe oczy (identyczne jak moje!) wpatrywały się we mnie ze złością. Nie do wiary, że znalazłam w nas aż tyle podobieństw.
- Nie myśl sobie, że jak pokonałaś Paula, to jesteś od niego lepsza. Nie jesteś. Przekonasz się o tym już w pierwszym dniu bycia na arenie. Tak swoją drogą to mam na imię Nathalie. Byłoby głupio, gdybyś nie znała imiona swojej morderczyni, prawda? – dorzuciła kpiącym tonem i odwróciła się na pięcie, uderzając mnie przy tym swoimi włosami o twarz.
Skrzywiłam się, chciałam sojuszy, a jedyne czego sobie przysporzyłam to wrogów. Cudownie, ciekawe co powie Oliver, kiedy go o tym poinformuje.
Udając, że nie przejęłam się jej słowami ruszyłam w stronę stoiska z łukiem. Miałam nadzieję, że dzisiaj nie zrobię z siebie pośmiewiska. Do jednej ręki wzięłam łuk, a do drugiej kołczan ze strzałami i założyłam go sobie na plecy. Jedyny łuk jaki dotąd miałam w rękach był dwoma giętkimi patykami, powiązanymi liśćmi. Jak mam być szczera, nigdy nie upolowałam ani jednego zwierzęcia, moje strzały nie dolatywały nawet do bliskich i dużych obiektów. Obym nie miała za chwilę powtórki z rozrywki.
Zestresowana ustawiłam się naprzeciwko tarczy oraz rozłożonych wokół mnie manekinów w sporej odległości.
Przygotowałam strzałę, drżącymi dłońmi napięłam cięciwę i puściłam strzałę.  Przeleciała nad tarczą. Spróbowałam kolejny raz.
Tym razem strzała ledwo musnęła ramię manekina, ale także spudłowałam. Oddałam strzał jeszcze kilka razy, każdy kończył się tak samo. Przebiegłam wzrokiem po sali, żeby mieć pewność, że nikt na mnie nie patrzy, na szczęście wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Wyciągnęłam przedostatnią strzałę i wystrzeliłam, przeleciała zaraz koło szyi manekina, ale także nie wbiła się w materiał. Zdenerwowana, trzymając ostatnią nadzieję w ręce, nałożyłam ją na łuk. Zmrużyłam jedno oko i powoli naciągnęłam cięciwę. Wymierzyłam idealnie w serce. Puściłam.
Strzała trafiła w udo. Cóż, przynajmniej nie spudłowałam. Kątem oka, dostrzegłam, że Aleks mnie obserwuję. Zrobiłam więc pewną siebie minę, sugerującą, że tam właśnie celowałam i szybko odłożyłam łuk na miejsce, żeby nikt inny nie miał szansy zidentyfikować mnie z nim w ręce.
Pewnym krokiem ruszyłam do stosika z nożami oraz włóczniami.
Stały przy nim już dwie osoby.
Niska, dobrze zbudowana dziewczyna, z krótko ściętymi czarnymi włosami, sięgającymi najwyżej do ramion. Rzuciła mi tylko przelotne spojrzenie, ale zauważyłam, że ma bardzo ładne niebieskie oczy. Wyglądała na sprytną i przebiegłą osobę.
Zapewne nie da się pokonać tak szybko.
Chłopak z którym rozmawiała, także był niski, ale za to okropnie chudy. Na jego kościstej twarzy założone były okrągłe okulary, a zza nich było widać małe zielone oczy, przypominające oczy u chińczyków. Jego fryzura wyglądała tak jakby właśnie przeszła ogromne tornado. Każdy z jego blond loków sterczał w inną stronę, a dodatkowo jego czupryna znacznie zasłaniała mu pole widzenia. Niewątpliwie był mądrym chłopakiem, możliwe, że zawarli sojusz.
Razem będą silniejsi.
Przeszłam obok Jennifer i Ryana (bo tak głosiły ich plakietki, przyczepione do stroju treningowego) i stanęłam przy broni, rozłożonej na metalowej ladzie.
Wybrałam sobie 6 pierwszych lepszych noży i stanęłam za czerwoną linią. Nacisnęłam na zielony guzik, a z sufitu zaczęły spadać manekiny. Jeden rzut. Pudło. Drugi rzut. Pudło. Trzeci rzut. Pudło. Czwarty rzut. Pudło. Piąty rzut. Trafienie w ramię. Szósty rzut. Prosto w brzuch.
Nie było tak, źle jak z łukiem, tym bardziej, ze tam celowałam do nieruchomych manekinów, a te cały czas były w ruchu. Trafienie w któryś z nich wymagało większej precyzji.
Nie zwracając uwagi na nikogo innego, sięgnęłam po włócznie.
Próbowałam trafić w któregoś z latających nade mną manekinów, lecz na 12 prób, trafiłam tylko 1 raz, w kostkę. Włócznie były znacznie cięższe i trudno było rzucać nimi daleko, a co dopiero trafnie. Wiedziałam, że Jennifer i Ryan cały czas mnie obserwują i pewnie w duchu śmieją się z moich umiejętności, ale na tą chwilę miałam to gdzieś. Nie mogłam być ze wszystkiego dobra.
Mimo tego, żeby uniknąć większych porażek dałam sobie spokój z włóczniami i postanowiłam porzucać jeszcze nożami, żeby nabrać większej wprawy.
Kilka razy spudłowałam, lecz większość rzutów była trafnych, raz trafiłam nawet w środek głowy. Uśmiechnęłam się.
W normalnych okolicznościach nie cieszyłabym się, że trafiłam kogoś w głowę, lecz Igrzyska zawsze zmieniały ludzi.
W mniejszym, czy większym stopniu. Było to nieuniknione, jedyne co można było zrobić, to starać się przeżyć z jak najmniejszą ilością ludzkich żyć na sumieniu. To mój cel i zamierzam go osiągnąć.
Mogą zmienić mnie w jakiś sposób, ale nie zrobią ze mnie potwora. Nie stanę się taka jak oni, nie będę kolejnym pionkiem w ich grze.
Postaram się wygrać, ale nie takim kosztem.