niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 7

Następnego dnia na śniadaniu nikt się nie odzywał. Aleks trenował wczoraj moją cierpliwość i sprawdzał jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa podczas wywiadu, lecz nie uzyskując żadnej reakcji z mojej strony, szybko się znudził.
Dzisiaj, w dzień rozpoczęcia Igrzysk napięcie było namacalne. Unosiło się nad naszymi głowami niczym mgła i zasłaniało wszystkie pozytywne aspekty.
Nie mogłam się skupić nawet na najprostszej czynności takiej jak dokończenie śniadania.
- Plan dnia jest taki… - zdecydowała się przerwać ciszę Lauren. Jej twarz wyrażała mocne skupienie i opanowanie. – Na początek rozmowa z Olivierem. – wskazała zgrabną dłonią na pochłoniętego myślami mentora. – Następnie kilkugodzinny odpoczynek, a na koniec zabiegi… przygotowujące. Igrzyska rozpoczną się o godzinie 20, a…
- Właśnie. – wpadł jej w słowo Oliver, wybudzony ze swoich przemyśleń. – 20 to późna pora, będzie już ciemno, chcą waz zdezorientować, a ponadto…
- Przepraszam. – odchrząknęłam, tym razem ja przerwałam potok jego słów – Czy ta dyskusja mogłaby odbyć się indywidualnie? – podniosłam wzrok na Aleksa, który ze spokojem wkładał do swojej łapczywej gęby już 6 kanapkę.
- Jasne, chodź ze mną Ellen. – mentor podniósł się od stołu i machnął ręką abym poszła za nim. Wspólnie przemierzyliśmy salon, lądując w schowku na żywność.
Takiej ekskluzywnej spiżarni.
- Pyszne miejsce do rozmów. – próbowałam rozładować napięcie, jednak Oliver nie zwrócił uwagi na moje starania.
- Usiądź. – wskazał na dużą drewnianą skrzynię, stojącą w rogu pomieszczenia. Naklejona była na nią olbrzymia etykieta, przedstawiająca pomarańcze.
Posłusznie wykonałam polecenie.
Na jego czole pojawiły się zmarszczki, a oczy były podkrążone. Widać było, że tak jak ja nie spał za wiele tej nocy. Byłam ciekawa czy po mnie widać to tak samo mocno jak po nim.
- Pierwsze co zrobisz, gdy już znajdziesz się na arenie to wyłączenie latarki, którą każdy z was będzie miał dołączona do kombinezonu. – od razu przeszedł do rzeczy, nadmiernie przy tym gestykulując. – Będziesz stanowiła trudniejszy cel. Jesteś szybka, więc śmigaj do Rogu Obfitości, bierz co potrzebne i uciekaj, jak najdalej.
Skinęłam głową, dając mu do zrozumienia, że przyjęłam do wiadomości jego rady i może kontynuować.
- Jak spotkasz kogoś… w miarę przyzwoitego, postaraj się nawiązać sojusz. Jak nie to… cóż… - zawiesił głos, zastanawiając się jak ująć to w słowa.
- Kto nadawałby się na sojusznika? – położyłam łokcie na kolanach, a brodę wsparłam o splecione dłonie.
- Ludzie z zewnętrznych dystryktów. Jedenastka, Dwunastka, oni najczęściej są godni zaufania.
Od razu pomyślałam o ślicznej dziewczynie z Dwunastki. Może uda mi się przeciągnąć ją na swoją stronę. Wydaje się być sprytna i na pewno jest całkiem dobrze przygotowana do walki skoro zdobyła tak wysoką liczbę punktów podczas sprawdzania umiejętności. Tylko jak zachęcić ją do przymierza z kimś takim jak ja?
- Zawodowców unikaj. – przerwał moje rozmyślania Oliver – Tak samo jak Aleksa. – urwał, spoglądając na mnie swoimi przeraźliwie czarnymi oczami. Wyglądały jak dwa żarzące się węgle. Wydawało mi się, że dostrzegam w nich przebłyski troski i zmartwienia. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Co jeszcze? – to pytanie skierował do samego siebie – Chyba nic więcej, nie mam Ci do powiedzenia. Dasz radę, jesteś sprytna. Nie daj się zabić dzieciaku. – dokończył i szybko opuścił schowek pozostawiając mnie w towarzystwie pomarańczy i kolorowych babeczek.


Punktualnie o 18 ekipa przygotowawcza, znów zagarnęła mnie pod swoje ramiona.
Oskubali mnie niczym ptaka. Na moim ciele nie było widać ani jednego malutkiego włoska. Nie licząc tych na głowie, oczywiście. Po tym zabiegu, którego tak nie cierpię, odesłali mnie do łazienki abym porządnie się umyła. Zastosowałam dziesiątki żeli, mleczek do kąpieli i szamponów do włosów. Następnie pokryłam się cudownie pachnącym, cytrynowym balsamem i starannie rozczesałam swoje długie, brązowe włosy. Na koniec nałożyłam na siebie bieliznę i czysty biały szlafrok. Czysta opuściłam łazienkę i na powrót zajęła się mną ekipa przygotowawcza. Po wysuszeniu włosów, spięli mi go w wysokiego kucyka i zajęli się równym obcinaniem paznokci. Szczerze powiedziawszy miałam już tego dość.
Myślałam o rodzicach, gdzie są, co teraz robią. Zwykle tata o tej porze pracował jeszcze w fabryce, natomiast mama gotowała dla nas w domu obiad. Ja zazwyczaj odrabiałam pracę domową, ale czasami pomagałam mamie. Nie raz wychodziłam na zakupy. Mieliśmy znajomości wśród sprzedawców na targu, więc udawało mi się kupować rzeczy po promocyjnej cenie. Potem wszyscy zasiadaliśmy do stołu i opowiadaliśmy jak nam minął dzień.
Za czasów Alana, często kłóciliśmy się kto spędził go lepiej, a następnie opowiadał mi bajki, które sam wymyślał. Miał do tego talent i wielką wyobraźnię. Pamiętam jak raz wymknęliśmy się do stodoły i opowiedział mi straszną historię, po czym wyszedł i zostawił mnie samą. Odchodziłam tam od zmysłów, byłam wtedy mała, płakałam, darłam się, kopałam w drzwi, a nikt mnie nie słyszał. To był pierwszy raz i ostatni kiedy się pokłóciliśmy… potem nie było już okazji.
Swoją drogą ciekawe co teraz robi. Czy patrzy na mnie? Będzie mnie chronił? Wspierał? Wierzy we mnie? Błaga o szansę dla mnie? Pomoże mi? Doda otuchy? Mi i rodzicom? Co zrobisz Alan? Co zrobisz żeby było lepiej?

Po godzinie, wsiadałam już do olbrzymiego poduszkowca, który miał przetransportować nas do podziemnych pomieszczeń, skąd zaczynamy Głodową Walkę.
Szybko skierowałam się w stronę fotela przeznaczonego dla mnie i zapięłam pasy bezpieczeństwa. Udałam, że nie zauważam zawistnych spojrzeń zawodowców czy jakichkolwiek osób. Wytrenowałam to tutaj do perfekcji. Udawanie. Nie miałam sobie równych. Całe te kilka dni to było udawanie. Że jestem silna, pewna siebie, mroczna.
Jeszcze trochę, potem nie będziesz musiała nikogo udawać Ellen. – pocieszyłam w myślach sama siebie.
Po kilku minutach podeszła do mnie milcząca kobieta w dziwacznym niebieskim fartuchu i żelaznym uściskiem złapała mnie za rękę. Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, a ona w tym czasie zanurzyła w mojej skórze ogromną igłę. Poczułam ból powyżej nadgarstka i wyrwałam jej rękę.
- Co to jest? – wycedziłam przez zęby.
- Lokalizator. – odpowiedziała lakonicznie i podeszła do siedzącego obok mnie Aleksa.
No tak, jakby organizatorzy nie mieli pojęcia o naszym położeniu, nie mogliby mieć nad nami kontroli, a gdyby by jej nie posiadali… no w każdym razie, mogłoby się to skończyć różnie.
Nie zamierzałam się jednak nad tym rozwodzić.
Nim się obejrzałam, wychodziłam już z poduszkowca.
Jeden ze strażników mocno chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.
 - Szybciej! – warknął mi prosto w twarz, a ja posłusznie przyśpieszyłam kroku.
Miałam dość traktowania mnie jak śmiecia, ale nie mogłam nic na to poradzić.
Nie miałam odwagi stawiać oporu, zresztą co by to dało. Przywaliłby mi pałką i kazał iść szybciej, tak czy siak nie miałabym wyjścia. I tak prawdopodobnie już dzisiaj będę martwa, po co przysparzać sobie wrogów na końcówce życia. Jakbym miała ich teraz za mało. Zniosłam wszystkie obelgi ze strony Aleksa, jestem w stanie znieść także to.
Strażnik wprowadził mnie do ciasnego pomieszczenia i ustawił się przy drzwiach.
W środku czekał mój projektant. Bez słowa podał mi strój, a ja schowałam się w kącie pomieszczenia i zaczęłam się przebierać.
Spodnie były zrobione z ciepłego materiału, o kolorze ciemnozielonym. Wyszyte były na nich liczne, małe kieszonki. Jako górną część garderoby otrzymałam brązową, obcisłą koszulkę. Na szczęście nie krępowała ona ruchów.
Na bluzkę nałożyłam gruby polar, w takim samym kolorze jak bluzka, potem narzuciłam na ramiona czarną, przeciwdeszczową kurtkę. Była luźna i przewiewna. z dużymi kieszeniami po bokach. W zestawie znajdowała się także latarka na głowę, tak zwana czołówka. Czyli Oliver miał rację. Założyłam ją na czoło. Pasek lekko uciskał mnie w tył głowy, ale postanowiłam to zignorować. Na koniec  włożyłam na stopy grube skarpety, a na nie górskie trapery, o grubej podeszwie.
Moje stare ubranie pozostawiłam na ziemi i podeszłam do projektanta. Popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, ale nie wymówił ani słowa.
- Sądząc po stroju jaki nam przyszykowali, warunki będą ciężkie. – zagadnęłam go.
Pokiwał lekko głową i włożył dłonie do tylnych kieszeni spodni.



- 20 sekund. – usłyszałam mechaniczny głos kobiety, dobiegający znikąd.
Szyby szklanej tuby (nie mam pojęcia jak można byłoby to inaczej nazwać) otworzyły się.  Niepewnie postąpiłam krok w przód.
- Nie życzysz mi powodzenia? – odwróciłam się w stronę zamyślonego projektanta.
- Po co? – podniósł na mnie wzrok, w chwili gdy postawiłam jedną stopę na metalowym cylindrze. – I tak nie wygrasz. – stwierdził, a szklana szyba zamknęła się za mną.
- 10 sekund.
Spojrzałam na niego oczami przepełnionymi bólem.
Jak mógł mi to powiedzieć w takiej chwili. Po co? Żeby mnie jeszcze bardziej zdenerwować? Nie jestem z żelaza, już dosyć obelg usłyszałam z ust wielu osób w ciągu tych kilku dni. Dolna warga zaczęła mi drżeć, a oczy zaszły łzami. Obraz przede mną rozmazał się. Na szczęście szybko się opanowałam. Otarłam policzki rękawem kurtki i przygryzłam wargę. Chyba odrobinę za mocno po poczułam w ustach słony smak ciepłej krwi. Nie przejęłam się. Muszę być silna.
Wygram to, wrócę i zaśmieje się im wszystkim prosto w twarz. Mam teraz większą motywację. Ellen Pierce to silna kobieta.
W chwili gdy powtarzałam sobie to zdanie w myślach, srebrna tarcza zaczęła unosić się do góry, a ja razem z nią.

1 komentarz:

  1. Jejciu !
    Suuuupeer ! :3
    Chcę następny, tu i TERAZ !!
    Kocham twojego bloga ! ; 3

    OdpowiedzUsuń