czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział 1 - część 1

Zawsze się zastanawiałam jak będzie wyglądał mój najgorszy dzień w życiu. Czy to był ten dzień, w którym zginął mój brat, a ja wpatrzona w ekran telewizora, nie mogłam mu pomóc? Krzyczałam, wiłam się po kanapie, kiedy chłopak z pierwszego dystryktu bił go maczetą po głowie. Ta scena śni mi się prawie codziennie, a ja nie mogę nic zrobić, żeby to zatrzymać.
Może jeszcze nie przeżyłam tego dnia? Może czeka na mnie, ukryty, w mojej przyszłości, a ja nawet nie wiem kiedy nadejdzie. Nie wiem dokładnie co wtedy sobie myślałam, ale wiem jedno, na pewno nie podejrzewałam, że nadejdzie on tak szybko.
Stałam przed lustrem ubrana w kremową, odświętną sukienkę. W pasie przewiązana była czarnym, połyskującym paskiem, a na nogi włożyłam czarne lakierkowe baleriny.
Ostatni raz byłam ubrana tak ładnie rok temu. W dzień Dożynek, taki jak dziś.
Rano starannie umyłam włosy, a teraz suche już, kasztanowe, długie loki bezwładnie opadały na moje ramiona. Zastanawiałam się nawet czy nie upiąć ich w wysoki kok, ale po chwili zrezygnowałam z tego pomysłu.
Popatrzyłam się na swoje odbicie w lustrze. Spojrzała na mnie wysoka, szczupła dziewczyna. Moje błękitne oczy zalśniły od łez, ale szybko powstrzymałam nagły atak płaczu. Nawet kiedy próbowałam się uśmiechnąć, ból bił ode mnie na kilometr. Wszystko przez Alana. Miał przeżyć, dla mnie. Jak mógł tak po prostu mnie zostawić?
Nerwowo wygładziłam swoją sukienkę i zakręciłam się na środku pokoju. Zamknęłam oczy, a wiatr, który wpływał do mojego pokoju przez otwarte okno, lekko rozwiewał mi włosy.
Kiedy zaczęło kręcić mi się w głowie, przystanęłam i usiadłam na łóżku. Położyłam głowę na kolanach i siedziałam przez kilka minut w ciszy.
- Pięknie wyglądasz. – usłyszałam znajomy głos, a kiedy się podniosłam spoglądał na mnie uśmiechnięty tata.
Próbował zachować spokój, ale widziałam jak bardzo się denerwuje. Widziałam jak obawia się, że dzisiaj może stracić swoje kolejne dziecko. Na zawsze.
- Dziękuję. – uśmiechnęłam się słabo, a on usiadł koło mnie.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a po jakimś czasie odezwał się cichym głosem.
 - Musimy już iść. Twoja mama czeka.
Przytulił mnie, a jego kilkudniowy zarost podrapał mnie po policzku. Chciałam dobrze zapamiętać tą chwilę, żeby towarzyszyła mi nawet w najgorszych momentach.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz wszędzie było niezwykle cicho.
Ludzie w skupieni zmierzali na plac, nawet nie podnosząc głowy i nie rozglądając się wokół siebie.
Wystawiłam twarz do słońca, aby promienie słoneczne dosięgły moje blade policzki. W ciszy szliśmy po brukowej drodze, mijając małe, zaniedbane domy.
Gdy już dotarliśmy na plac, większość ludzi już tam była. Wszyscy tłoczyli się pod sceną i ustawiali w równych szeregach. Ja musiałam jeszcze podejść do stolika ustawionego z boku, by pulchna pani w białym stroju mogła pobrać mi trochę krwi z palca.
Nawet nie poczułam bólu, kiedy igła znalazła się pod skórą.
Po tym corocznym rytuale, ustawiłam się w grupie dziewcząt w wieku 16 lat. Nie miałam zbyt wielu koleżanek.
Nie przepadałam za towarzystwem ludzi, to Alan był moim przyjacielem. Mimo tego, że nie było go obok mnie, czułabym, że go zdradziłam zaprzyjaźniając się z kimś innym. Dobrze było mi w swoim własnym towarzystwie. Nikt mi nigdy nie przeszkadzał i nie zawracał głowy swoimi sprawami.
Nagle hałas wokół mnie ucichł, a wszyscy jak na komendę zwrócili się w stronę sceny.
Pojawiła się na niej wysoka, szczupła kobieta, reprezentantka Kapitolu. Jak na tamte zwyczaje wyglądała dość przyzwoicie.
Owszem, miała na sobie jaskrawą, bufoniastą sukienkę z licznymi falbanami, ale jej skóra nie była pokryta grubą warstwą tatuaży, a włosy, krótko przystrzyżone nie wywoływały bólu, kiedy się tylko na nie spojrzało.
Tradycyjnie, najpierw powitała nas gorąco, ciesząc się z dzisiejszej okazji, wręcz skacząc na scenie z podniecenia, a następnie puścili krótki filmik nadawany prosto z Kapitolu. Miał przypomnieć nam o tym, że to Kapitol i prezydent Snow, ma nieograniczoną władzę, a ktokolwiek, kto próbuje mu się przeciwstawić nie ma prawa przeżyć.
Potem przemówił burmistrz. Niski, krępy człowiek, o zniszczonym zdrowiu i pomarszczonej twarzy. Biedak ledwo zdołał utrzymać się na nogach, ręce mu drżały, a siwe włosy stały dęba.
Był on pierwszym zwycięzcą Głodowych Igrzysk z 9 dystryktu, od tamtej pory poszczyciliśmy się jeszcze trzema zwycięzcami, z tym, że jeden z nich nie żył już od 4 lat.
Kiedy burmistrz skończył przemowę, pałeczkę przejęła kobieta z Kapitolu. Próbowała rozweselić zdołowanych mieszkańców, ale jej wszelkie trudy na nic się nie zdały. Kiedy w końcu dostrzegła, że tylko pogarsza sytuację podeszła do kuli z losami dziewcząt, zanurzyła w niej długie palce i po kilku sekundach ceremonialnym ruchem wyciągnęła z niej białą, małą karteczkę.

1 komentarz: